Dyplomacja trójstronna Nixona

Pełen udręki proces wyprowadzania Ameryki z Wietnamu Nixon w ostatecznym rozrachunku wiązał z utrzymaniem pozycji Stanów Zjednoczonych w świecie. Zresztą nawet gdyby Ameryka nie przeszła przez wietnamski czyściec, to i tak należałoby dokonać zasadniczej rewizji polityki zagranicznej, kończył się bowiem okres, w którym Ameryka zajmowała niemal absolutnie dominującą pozycję na arenie światowej. Traciła przewagę nuklearną, a także gospodarczą. Tę ostatnią na skutek dynamicznego wzrostu Europy i Japonii, które odbudowały się dzięki amerykańskim zasobom i korzystały z amerykańskich gwarancji bezpieczeństwa. Wietnam był w końcu sygnałem, że już najwyższy czas, aby dokonać nowej oceny roli, jaką Ameryka spełnia w rozwijającym się świecie, znaleźć złoty środek między nadmierną rezygnacją z działań a zbytnim zaangażowaniem.

Z drugiej zaś strony przed amerykańską dyplomacją otwierały się nowe możliwości, kiedy pojawiły się rysy na tym, co w okresie zimnej wojny postrzegano jako komunistyczny monolit. Rewelacje Chruszczowa z roku 1956 o stalinowskim terrorze, a następnie radziecka napaść na Czechosłowację w roku 1968, stępiły ideologiczną atrakcyjność komunizmu dla reszty świata. Co ważniejsze, rozdźwięk między Chinami a Związkiem Radzieckim podkopał aspiracje Moskwy do przywództwa nad zjednoczonym ruchem komunistycznym. Wszystkie te wydarzenia i zjawiska wskazywały, że wyłania się nowa perspektywa dla nowej dyplomatycznej elastyczności.

Za sprawą wilsonowskiego idealizmu amerykańscy przywódcy przez dwadzieścia lat odgrywali globalną rolę z misjonarskim zapałem. Tymczasem Ameryka końca łat sześćdziesiątych - wplątana w sytuację patową w Indochinach i targana wewnętrznymi sporami - potrzebowała znacznie bardziej złożonej i bogatszej definicji działań na scenie międzynarodowej. Wilson przewodził państwu, które dopiero wkraczało na arenę międzynarodową, czyniąc to wszakże z wiarą we własne siły i przekonaniem, że jest w stanie rozwiązać każdy problem. Nixon przejął społeczeństwo pełne niepokojów, którego przyszłość zależała od tego, czy będzie umiało określić długofalowe, osiągalne cele i czy wytrwa w dążeniu do ich doścignięcia, czy będzie umiało, nie ulegając zwątpieniu, stawić czoło przeciwnościom losu.

Richard Milhous Nixon obejmował rządy w okolicznościach bliskich wojnie domowej. Był głęboko podejrzliwy wobec establishmentu i również wielu reprezentantów tegoż establishmentu odnosiło się doń nieufnie. Żywił jednak przekonanie, że przewodząca światu demokracja amerykańska nie ma prawa zrzucić z siebie odpowiedzialności ani - tym bardziej - odstąpić od swego przeznaczenia. Niewielu było prezydentów o równie skomplikowanej osobowości co Nixon. Był on nieśmiały, a zarazem zdecydowany, niepewny, a jednocześnie stanowczy, nieufny wobec intelektualistów - sam miał głęboko refleksyjną naturę, impulsywny chwilami, potrafił jednak cierpliwie budować dalekosiężne plany strategiczne. To jemu przypadło w udziale przeprowadzenie Ameryki od dominacji do przywództwa. Surowy w wypowiedziach, nie potrafił dobyć z siebie odrobiny ciepła, a jednak to właśnie on, w warunkach najtrudniejszych z możliwych, zdał egzamin jako przywódca, przeprowadził naród ze świata znanego ku światu, którego nikt jeszcze nie znał.

Richard Nixon

Żaden inny amerykański prezydent nie posiadał większej wiedzy na temat spraw międzynarodowych, żaden, z wyjątkiem może Theodore'a Roosevelta, nie podróżował tyle po świecie wiedziony autentyczną ciekawością i pragnieniem poznania poglądów innych przywódców. Nie zgłębiał historii w takim sensie, jak Churchill czy de Gaulle. Na ogół uczył się tyle o dziejach danego kraju, ile trzeba, aby poznać podstawowe fakty, mające znaczenie w danych okolicznościach, a często nawet nie czynił i tego. Miał jednak niebywałą zdolność wyczuwania dynamiki politycznej każdego państwa, które przyciągnęło jego uwagę, sposób zaś, w jaki pojmował realia geopolityki, był ze wszech miar niezwykły. W sprawach polityki wewnętrznej ponosiły go czasami ambicje i ciążył brak pewności siebie, ale w kwestiach międzynarodowych jego wielki talent analityczny i głęboka intuicja były zawsze skoncentrowane na amerykańskich interesach.

Nixon nie akceptował wilsonowskich dogmatów o wrodzonej dobroci rodzaju ludzkiego ani o tym, że bezpieczeństwo zbiorowe służy utrzymaniu przyrodzonej harmonii między narodami. Wilson uważał, że świat nieuchronnie zmierza ku pokojowi i demokracji, misja Ameryki polega zaś na tym, aby sprzyjać temu, co i tak jest przeznaczeniem świata. Świat, według Nixona, dzielił się na przyjaciół i antagonistów, na obszary współdziałania i te, gdzie dochodzi do konfliktu interesów. W jego pojęciu pokój i harmonia nie wynikały z naturalnego porządku rzeczy, były raczej niepewnymi oazami w świecie pełnym niebezpieczeństw, nad którego spokojem trzeba stale czuwać.

Nixon starał się orientować wedle amerykańskiego interesu narodowego, postępował więc inaczej aniżeli liczni tradycyjni idealiści. Uważał - nawiązując do ducha XVIII-wiecznego Oświecenia - że jeśli wielkie mocarstwa, łącznie ze Stanami Zjednoczonymi, będą zabiegać o swoje sprawy w sposób racjonalny i przewidywalny, to ścieranie się konkurencyjnych interesów doprowadzi do równowagi. Podobnie jak Theodore Roosevelt, ale inaczej niż wszyscy inni amerykańscy prezydenci XX w., Nixon sądził, że równowaga sił gwarantuje stabilność i uważał, że silna Ameryka ma zasadnicze znaczenie dla globalnej równowagi.

Takie poglądy były jednak ówcześnie wysoce niepopularne. A oto, co Nixon powiedział w wywiadzie dla tygodnika "Time" 3 stycznia 1972 r.:

Musimy pamiętać, że tylko wtedy, gdy występowała równowaga sił, historia świata notowała wyraźne dłuższe okresy pokoju. Groźba wojny pojawia się zawsze wtedy, gdy jakiś kraj staje się znacznie silniejszy od potencjalnego konkurenta. Osobiście pokładam wiarę w świecie, w którym Ameryka będzie silnym państwem. Myślę, że świat będzie bezpieczniejszy i lepszy, gdy istnieć w nim będą silne Stany Zjednoczone, Europa, Związek Radziecki, Chiny, Japonia. Państwa te będą się wzajemnie równoważyć, a nie grać przeciwko sobie.

Nixon uosabia zasadniczą sprzeczność narodu, do którego należał: całą swoją wewnętrzną siłę czerpał z tradycyjnego idealizmu, chcąc przy tym uchodzić za pragmatyka. Paradoksalnie, spośród wszystkich swoich poprzedników Nixon - którego zasady dalekie były od wilsonizmu - najbardziej podziwiał właśnie Woodwarda Wilsona. Każdy obejmujący urząd prezydent wybiera sobie portrety poprzedników, jakie mają zdobić Cabinet Room - salę posiedzeń rządu w Białym Domu. Nixon kazał zawiesić portrety Wilsona i Eisenhowera. Do Pokoju Owalnego polecił wstawić biurko Wilsona, ale tu historia nieco zeń zadrwiła. Biurko, które dostarczył kustosz, należało owszem do Wilsona, ale nie Woodwarda, lecz Henry Wilsona, wiceprezydenta za kadencji Ulyssesa Granta.

Nixon często odwoływał się do retoryki Wilsona. Powiadał: "Naszym przeznaczeniem jest dawać światu coś więcej, niż prosty przykład, jak czyniły to inne kraje w przeszłości. Sprawą Ameryki jest dać wzór duchowego przywództwa oraz idealizmu, co wcale nie wynika z potencjału materialnego ani potęgi militarnej". W istocie podzielał wielkie marzenie Amerykanów o polityce zagranicznej wolnej od egoistycznych interesów.

Występując zaś w imieniu Stanów Zjednoczonych powiem tylko tyle, że nigdy nie pożądaliśmy cudzych ziem ani władzy nad innymi, domagamy się natomiast prawa do życia w pokoju, nie tylko dla siebie, ale dla wszystkich narodów tej ziemi. Nasza siła zostanie użyta tylko w obronie pokoju, nigdy zaś po to, aby pokój naruszyć, w obronie wolności, a nie po to, aby ją zniszczyć.

Deklaracja altruizmu w ustach prezydenta, który jednocześnie uważał, że o przyszłości świata powinno decydować pięć wielkich mocarstw, kierujących się własnymi interesami narodowymi, wynikała z nowej syntezy amerykańskich doświadczeń. Nixon z całą powagą podchodził do amerykańskiego idealizmu, w tym jednak sensie, że podzielał głęboki internacjonalizm Wilsona i przekonanie o tym, że Ameryka jest niezastąpiona. Równie mocno jednak był przekonany o tym, że misję, jaką Ameryka ma spełniać, musi odnieść do własnego widzenia świata. Pragnąc, aby Ameryka pozostała wierna wartościom Wilsona, był dotkliwie świadom, że przeznaczenie właśnie jemu wyznaczyło niewdzięczne zadanie przewodzenia Ameryce, która wycofuje się z walki o owe wartości przez posyłanie swoich wojsk w różne zakątki globu.

Za punkt wyjścia brał amerykańską wyjątkowość. Na podstawie osobistych, szerokich kontaktów z przywódcami innych krajów dobrze wiedział, że niewielu z nich można określić mianem altruistów, że tak naprawdę, to woleliby, aby w amerykańskiej polityce zagranicznej wy-stępował element wyrachowania i uważali, że lepiej polegać na amerykańskim interesie narodowym niźli na altruizmie. Stąd właśnie brała się pewna dychotomia jego postawy: odwoływał się do wilsonowskiej retoryki, gdy wykładał cele, a jednocześnie przywoływał zasadę interesu na-rodowego, gdy szło o taktykę działania.

Zakrawało na ironię, że uznając szczególną rolę Ameryki w dziele budowania pokoju w świecie, Nixon znalazł się w opozycji wobec wielu wybitnych Amerykanów, którzy wcześniej byli identyfikowani z wilsonizmem, a obecnie opowiadali się za taką polityką, która - zdaniem Nixona - sprowadzała się do rezygnacji z międzynarodowej roli Ameryki. Nixon miał głęboką świadomość tego, że nawet jego własna wizja Ameryki jako mocarstwa światowego, jest znacznie skromniejsza aniżeli wizja jego bezpośrednich poprzedników. Uznał, że jego zadaniem jest ścisłe określenie należytej roli Ameryki w niezwykle złożonym otoczeniu międzynarodowym i że rola owa powinna łączyć wilsonizm z Realpolitik.

Strategia powstrzymywania, realizowana w pierwszym okresie powojennym, wysunęła Amerykę na pierwszą linię frontu we wszystkich mię-dzynarodowych sytuacjach kryzysowych. Wzniosła retoryka epoki Kennedy'ego ustanowiła cele daleko przekraczające fizyczny i emocjonalny potencjał Ameryki. W rezultacie amerykańskie moralizatorstwo zamieniło się w samooskarżanie, krytyka zaś działań ponad siły - w wezwanie do rezygnacji z roli globalnej. W tych okolicznościach Nixon uznał, że jego pierwsze zadanie polega na tym, aby doświadczenie wietnamskie przedstawić w stosownej perspektywie. Stany Zjednoczone nadal pozostawały gwarantem międzynarodowej stabilności, ale też nie mogły już prowadzić nieograniczonej polityki interwencjonizmu, za której sprawą pół miliona Amerykanów znalazło się w Indochinach bez żadnej strategii zwycięstwa. Przetrwanie rodzaju ludzkiego w ostatecznym rachunku zależało od stosunków dwóch supermocarstw, ale o losach pokoju decydowało w istocie tylko to, czy Ameryka potrafi rozróżnić między dwoma rodzajami odpowiedzialności i zdecydować, gdzie może być pomocna, a gdzie jest nieodzowna, a także czy może udźwignąć ciężar odpowiedzialności, nie płacąc za to wewnętrznym rozdarciem.

Nixon dał odpowiedź na te pytania w dość niezwykłych okolicznościach. Dwudziestego piątego lipca 1969 r. przebywał na Guam - pierwszym etapie podróży dookoła świata, od Azji Południowo-Wschodniej po Rumunię. Wcześniej, tego samego dnia był świadkiem wodowania na Pacyfiku, w pobliżu wyspy Johnstona, astronautów z pierwszej wyprawy na Księżyc. Współczesna prasa ustawicznie goni za wydarzeniami, a żadnym, nawet najbardziej doniosłym, historycznym zdarzeniom nie poświęca zbyt długo uwagi. W każdym serwisie informacyjnym musi się znaleźć jakieś nowe wydarzenie, zwłaszcza podczas prezydenckich podróży. Między Guam a miejscem wodowania biegnie międzynarodowa linia zmiany daty (to wyjaśnia, dlaczego wodowanie zapisano pod datą 24 lipca), więc pobyt na Guam wypadał następnego dnia i w związku z tym wszedł w skład innego serwisu informacyjnego.

Zdając sobie z tego sprawę, Nixon wybrał tę okoliczność, aby przedstawić główne punkty nowego podejścia do spraw międzynarodowych. Od dawna już prezydent dyskutował o tych sprawach z gronem doradców, nie planowano jednak oficjalnego zaprezentowania ich właśnie podczas tej podróży. Wszyscy nie wyłączając mnie, byli więc zaskoczeni, gdy Nixon przedstawił nowe kryteria, wedle których Ameryka będzie się angażować za granicą.4 Nazwano je później doktryną Nixona, a prezydent rozwinął te kwestie w przemówieniu w listopadzie 1969 r. i ponownie w lutym 1970 r. w pierwszym z dorocznych raportów o polityce zagranicznej, bo właśnie on zapoczątkował tradycję przedstawiania raz do roku głównych założeń i problemów dotyczących spraw zagranicznych.

Doktryna Nixona miała rozwiązać pewien paradoks, który charakteryzował oba powojenne konflikty zbrojne - w Korei i Wietnamie - a który polegał na tym, że Ameryka zaangażowała się na rzecz krajów, co do których nie miała formalnych zobowiązań i w rejonach, które - formalnie rzecz biorąc - nie były objęte traktatami sojuszniczymi. W odniesieniu do tych regionów w doktrynie tej wytyczano kurs między nadmiernym angażowaniem się a rezygnacją z jakichkolwiek działań, ustawiając następujące trzy kryteria, decydujące o ewentualnym zaangażowaniu Ameryki:

  • Stany Zjednoczone dotrzymają zobowiązań traktatowych.
  • Stany Zjednoczone "roztoczą tarczę nad krajami sojuszniczymi, których wolności zagrażać będzie mocarstwo nuklearne i nad krajami, których istnienie uznamy za istotne dla naszego bezpieczeństwa".
  • W przypadkach agresji bez użycia broni jądrowej, Stany Zjednoczone oczekiwać będą, że "kraje zagrożone same wezmą na siebie odpowiedzialność mobilizując siły do obrony".

Rzeczywistość jednak z trudem poddaje się formalnym kryteriom. Gwarancja, że Stany Zjednoczone dochowają zobowiązań traktatowych była zbyt ogólnikowa i - podobnie jak śluby czystości - miała ograniczoną wiarygodność. Nikt przecież nie ogłasza faktu złamania ślubu czystości, zanim to się stanie. Zasadniczy problem ery nuklearnej nie polegał wcale na tym, czy dochowa się zobowiązań traktatowych, ale na tym, jak się je określa i rozumie. Doktryna Nixona nie zawierała klucza do wewnątrzsojuszniczych sporów na temat strategii nuklearnej. Mówiąc wprost, nie odpowiadała na pytanie, czy i na czyim terytorium broń jądrowa zostanie użyta, czy sprawa ma się łączyć z ogólnoświatową wojną nuklearną, a ta - wiadomo - toczyć się będzie przede wszystkim między obu supermocarstwami, czy też sojusznicy mogą polegać na swego rodzaju "elastycznym reagowaniu", które - też wiadomo - będzie zagrażać głównie terytorium ofiary agresji.

Punkt mówiący o tym, że Stany Zjednoczone roztoczą tarczę ochronną nad krajami "o istotnym znaczeniu dla bezpieczeństwa Ameryki", którym zagrażałoby mocarstwo nuklearne, zawierał dwie co najmniej niejasności. Jeśli Stany Zjednoczone miałyby bronić krajów o istotnym znaczeniu dla ich bezpieczeństwa tylko w obliczu zagrożenia ze strony mocarstwa nuklearnego, to jak Ameryka postąpi w przypadku zagrożenia tych krajów ze strony napastnika nie będącego mocarstwem nuklearnym, bądź ze strony mocarstwa nuklearnego, które nie zastosuje broni jądrowej. Jeśli amerykańska pomoc, w obliczu zagrożenia nuklearnego ma być mniej lub bardziej automatyczna, to czy potrzebne są formalne traktaty sojusznicze?



Newsletter



Wiadomość HTML?

Logowanie

Najnowsze


Warning: Creating default object from empty value in /modules/mod_latestnews/helper.php on line 109

Warning: Creating default object from empty value in /modules/mod_latestnews/helper.php on line 109

Warning: Creating default object from empty value in /modules/mod_latestnews/helper.php on line 109

Warning: Creating default object from empty value in /modules/mod_latestnews/helper.php on line 109

Warning: Creating default object from empty value in /modules/mod_latestnews/helper.php on line 109

Warning: Creating default object from empty value in /modules/mod_latestnews/helper.php on line 109

Warning: Creating default object from empty value in /modules/mod_latestnews/helper.php on line 109

Warning: Creating default object from empty value in /modules/mod_latestnews/helper.php on line 109

Warning: Creating default object from empty value in /modules/mod_latestnews/helper.php on line 109

Warning: Creating default object from empty value in /modules/mod_latestnews/helper.php on line 109

Najczęściej czytane


Warning: Creating default object from empty value in /modules/mod_mostread/helper.php on line 79

Warning: Creating default object from empty value in /modules/mod_mostread/helper.php on line 79

Warning: Creating default object from empty value in /modules/mod_mostread/helper.php on line 79

Warning: Creating default object from empty value in /modules/mod_mostread/helper.php on line 79

Warning: Creating default object from empty value in /modules/mod_mostread/helper.php on line 79

Warning: Creating default object from empty value in /modules/mod_mostread/helper.php on line 79

Warning: Creating default object from empty value in /modules/mod_mostread/helper.php on line 79

Warning: Creating default object from empty value in /modules/mod_mostread/helper.php on line 79

Warning: Creating default object from empty value in /modules/mod_mostread/helper.php on line 79

Warning: Creating default object from empty value in /modules/mod_mostread/helper.php on line 79