Dyplomacja europejska przed I wojną światową

Pod koniec pierwszej dekady XX w. Koncert Europejski, któremu udało się zachować pokój przez całe stulecie, praktycznie przestał istnieć. Mocarstwa rzuciły się ze ślepą lekkomyślnością w wir dwubiegunowej walki, która doprowadziła do utrwalenia podziału na dwa bloki, wyprzedzając schemat zimnej wojny o pięćdziesiąt lat. Z jedną istotną różnicą: w epoce broni nuklearnej unikanie wojny stanie się poważnym, być może nawet głównym celem polityki zagranicznej. Na początku XX w. możliwe było jeszcze rozpętanie wojny przez lekkomyślność. Niektórzy europejscy myśliciele wręcz uważali, że okresowe puszczanie krwi ma właściwości oczyszczające; I wojna światowa brutalnie zadała kłam tej naiwnej hipotezie.

Od wielu dekad historycy rozważają, kogo obarczyć odpowiedzialnością za wybuch I wojny światowej. Trudno jednak wskazać konkretne państwo w związku z tym szaleńczym pędem do katastrofy. Wszystkie główne mocarstwa przyczyniły się do tego krótkowzrocznością i brakiem odpowiedzialności, a zrobiły to z beztroską utraconą na zawsze po kataklizmie, który był ich dziełem i który wrył się trwale w pamięć narodów Europy. Mocarstwa zapomniały, jeśli kiedykolwiek je znały, o ostrzeżeniu Pascala zawartym w Pensees: "Pędzimy w przepaść, nie zważając na nic, ustawiwszy najpierw coś, co ją przed nami zasłania".

Winy z pewnością wystarczy dla wszystkich. Narody Europy przekształciły równowagę sił w wyścig zbrojeń, nie zdając sobie sprawy, że wskutek nowoczesnej technologii i powszechnej służby wojskowej wojna stała się największym zagrożeniem dla ich bezpieczeństwa i dla europejskiej cywilizacji jako całości. Chociaż wszystkie narody Europy przyczyniły się swoją polityką do katastrofy, to Niemcy i Rosja - zgodnie ze swoją naturą - nie wykazały śladów poczucia umiaru.

Podczas jednoczenia się Niemiec nie przykładano wielkiej wagi do wpływu, jaki wywrze to państwo na równowagę sił. Przez dwieście lat Niemcy były ofiarą, a nie podżegaczem europejskich wojen. W wojnie trzydziestoletniej straty wojenne Niemiec wyniosły szacunkowo 30% ludności, większość zaś decydujących bitew w wojnach dynastycznych XVIII w. i w wojnach napoleońskich rozegrała się na ziemi niemieckiej.

Niemal nieuchronnie więc celem zjednoczonych Niemiec stało się niedopuszczenie do powtórzenia tych tragedii. Jednak nowe państwo niemieckie nie musiało traktować tego wyzwania jako problemu czysto wojskowego, dyplomaci niemieccy po Bismarcku nie musieli prowadzić tak bezwzględnej polityki zagranicznej jako instrumentu demonstracji siły. Podczas gdy Prusy Fryderyka Wielkiego były najsłabszym z wielkich mocarstw, Niemcy tuż po zjednoczeniu stanowiły najpotężniejsze państwo, budzące niepokój sąsiadów. Uczestnicząc w Koncercie Europejskim, powinno było zatem okazywać szczególną powściągliwość w swojej polityce zagranicznej. Niestety, po odejściu Bismarcka Niemcom brakowało najbardziej właśnie umiaru.

Powodem zafascynowania niemieckich mężów stanu siłą jako taką był - w odróżnieniu od innych państw narodowych - brak integrujących zrębów filozoficznych. W strukturze Bismarcka zabrakło ideałów, które ukształtowały nowożytne państwa narodowe w innych częściach Europy: nacisku Wielkiej Brytanii na tradycyjne wolności, odwołania się rewolucji francuskiej do powszechnej wolności czy też łagodnego uniwersalistycznego imperializmu Austrii. Ściśle rzecz biorąc Niemcy Bismarcka wcale nie ucieleśniały aspiracji państwa narodowego, ponieważ kanclerz celowo wykluczył Niemców austriackich. Rzesza Bismarcka stanowiła twór polityczny, będący przede wszystkim większymi Prusami, których głównym celem było powiększanie własnej potęgi.

Brak intelektualnych korzeni był głównym powodem braku określonych celów w niemieckiej polityce zagranicznej. Pamięć o tym, że Niemcy tak długo stanowiły główne pole bitwy Europy, wytworzyła u ludności niemieckiej głębokie poczucie zagrożenia. Chociaż imperium Bismarcka stało się najsilniejszą potęgą na kontynencie, niemieccy przywódcy dalej czuli się w jakiś niejasny sposób zagrożeni, a objawiało się to obsesją na punkcie przygotowań wojskowych podbudowaną wojowniczą retoryką. Niemieccy planiści wojskowi niezmiennie zakładali konieczność zwalczania wszystkich sąsiadów Niemiec naraz. Przygotowując się do tego najgorszego z możliwych scenariusza, pomogli go urzeczywistnić, a to dlatego, że Niemcy wystarczająco silne, by pokonać koalicję wszystkich swoich sąsiadów, tym bardziej mogły opanować każdego z nich osobno. Na widok takiego wojskowego kolosa u swoich granic, sąsiedzi Niemiec zwarli szeregi dla wzajemnej obrony, przekształcając niemieckie dążenie do bezpieczeństwa w czynnik niemieckiego niepokoju.

Mądra i powściągliwa polityka mogła opóźnić zagrażające niebezpieczeństwo, a może nawet zapobiec mu. Następcy Bismarcka porzucili jednak jego umiarkowanie, coraz bardziej licząc na samą siłę; jedno z ich ulubionych twierdzeń brzmiało, że Niemcy będą młotem, nie kowadłem dyplomacji europejskiej. Wydawać by się mogło, że poświęciwszy tyle energii, aby stać się narodem, Niemcy nie mieli już czasu na ostateczne przemyślenie celów, którym nowe państwo ma służyć. Cesarskie Niemcy nie zdołały nigdy wypracować koncepcji własnego interesu narodowego. Ulegając emocjom chwili i obciążeni niezwykłym wręcz brakiem wrażliwości na cudzą psychikę, niemieccy przywódcy po Bismarcku łączyli wojowniczość z niezdecydowaniem, wpędzając kraj najpierw w izolację, a potem w wojnę.

Bismarck poświęcił wiele wysiłku, żeby tuszować niemiecką potęgę, wykorzystując zawiły system przymierzy, aby utrzymać w ryzach licznych partnerów, i aby niezgodności między nimi nie doprowadziły do wybuchu wojny. Następcom Bismarcka brakowało cierpliwości i subtelności niezbędnych przy tak złożonych działaniach. Kiedy zmarł cesarz Wilhelm I w 1888 r., jego syn Fryderyk (którego liberalizm takim niepokojem napawał Bismarcka) rządził zaledwie 98 dni, zanim zmarł na raka gardła. Po nim nastąpił jego syn Wilhelm II, którego afektowane zachowanie umacniało w obserwatorach wrażenie, że najpotężniejszym narodem Europy rządzi władca niedojrzały i zarazem nieobliczalny. Psychologowie usiłowali tłumaczyć agresywność Wilhelma chęcią kompensacji kalectwa - przyszedł na świat ze zdeformowaną ręką, co dla członka pruskiej rodziny królewskiej z jej podniosłymi tradycjami wojskowymi było poważnym ciosem. W1890 r. obcesowy młody cesarz zdymisjonował Bismarcka, nie chcąc rządzić w cieniu tak górującej osobowości. Odtąd pokój Europy będzie zależny od dyplomacji cesarza. Istotę zachowania Wilhelma II uchwycił w sardonicznym stylu Winston Churchill:

Kroczyć majestatycznie, pozować i pobrzękiwać nieobnażoną szabelką. Chciał jedynie czuć się jak Napoleon i być takim jak on, bez konieczności wygrywania jego bitew. Z całą pewnością tylko to zyskałoby jego aprobatę. Jeśli jest się szczytem wulkanu, trzeba przynajmniej dymić. Więc dymił - słup dymu w dzień i blask ognia w nocy, dla tych wszystkich, którzy przyglądali się z dala; a poruszeni widzowie powoli, lecz skutecznie gromadzili się i łączyli dla wzajemnej obrony (...) ukryty pod tą pozą i jej przejawami dostojeństwa był człowiek bardzo zwyczajny, próżny, lecz w zasadzie chcący dobrze, człowiek, który chciał uchodzić za drugiego Fryderyka Wielkiego.

Cesarz najbardziej pragnął międzynarodowego uznania znaczenia Niemiec, a przede wszystkim - ich siły. Próbował prowadzić politykę, którą on i jego otoczenie nazywało Weltpolitik lub polityką globalną, nie definiując jej jednak i nie określając związku z niemieckim interesem narodowym. Za sloganami kryła się próżnia intelektualna: buńczuczne słowa maskowały wewnętrzną pustkę; wielkie slogany przysłaniały nieśmiałość i brak ukierunkowania. Chełpliwość (przy niezdecydowaniu w działaniach) odzwierciedlała spuściznę po dwóch wiekach niemieckiego prowincjonalizmu. Gdyby nawet niemiecka polityka była mądra i odpowiedzialna, zintegrowanie niemieckiego kolosa z istniejącą strukturą międzynarodową byłoby skrajnie trudnym zadaniem. Wybuchowa mieszanka osobowości i instytucji wewnętrznych uniemożliwiła taki bieg spraw, prowadząc za to do bezmyślnej polityki zagranicznej specjalizującej się w sprowadzaniu na Niemcy tego wszystkiego, czego zawsze się obawiały.

W ciągu dwudziestu lat od dymisji Bismarcka Niemcom udało się doprowadzić do zdumiewającego odwrócenia przymierzy. W 1898 r. Francja i Wielka Brytania znajdowały się na krawędzi wojny o Egipt. Animozja między Wielką Brytanią a Rosją była stałym czynnikiem stosunków międzynarodowych przez cały XIX w. Wielka Brytania w różnych momentach szukała sprzymierzeńców przeciw Rosji, próbując układu z Niemcami, zanim zdecydowała się na Japonię. Nikomu do głowy nie przyszło, że Wielka Brytania, Francja i Rosja kiedykolwiek znajdą się po tej samej stronie. Zaledwie dziesięć lat później tak się właśnie stało pod wpływem natarczywej i operującej groźbami dyplomacji niemieckiej.

Pomimo zawiłości manewrów Bismarck nigdy nie próbował przekroczyć granic tradycyjnej równowagi sił. Jego następcom było jednak niewygodnie z równowagą sił; wydawali się nie rozumieć, że zwiększanie przez nich siły tym bardziej będzie zachęcać do tworzenia równoważących koalicji i zbrojenia staną się nieodłącznym czynnikiem systemu równowagi europejskiej.

Niechęć innych krajów do sprzymierzenia się z narodem najpotężniejszym w Europie, którego siła rodziła obawy przed germańską hegemonią, budziła urazę niemieckich przywódców. Despotyczna taktyka wydawała się niemieckim przywódcom najlepszym sposobem na uświadomienie sąsiadom granic ich własnej siły i przypuszczalnie także korzyści płynących z przyjaźni Niemiec, ale osiągnęła efekt przeciwny do zamierzonego. Chcąc zapewnić absolutne bezpieczeństwo swemu krajowi, niemieccy przywódcy po Bismarcku zagrozili wszystkim innym narodom Europy absolutnym brakiem bezpieczeństwa, dając niemal automatycznie początek koalicjom stanowiącym przeciwwagę potęgi Niemiec. Nie istnieją dyplomatyczne drogi na skróty do dominacji; jedyną drogą do tego jest wojna, ale prowincjonalni przywódcy Niemiec po epoce Bismarcka zdali sobie sprawę z tej zasady dopiero wtedy, gdy było już za późno, żeby uniknąć katastrofy globalnej.


Newsletter



Wiadomość HTML?