Problem wolności i odpowiedzialności w filozofii

Zapewne niewielu, nawet w tej części naszego społeczeństwa, która zakończyła swą edukacje na szkole podstawowej, jest takich, co by o byłym pośle Palikocie jakiegoś szaleństwa nie słyszeli, a ponoć to filozof z wykształcenia, no i, … „ pożal się Boże”, polityk z wyboru, a może zawistne Mojry to sprawiły. Stańczyk, patron naszych kabareciarzy i polityków, przy nim to zaledwie cień możnego satyra z Lublina. Nawet Arystyp z Cyreny, który własną golizną przez dziury w podartym płaszczu połyskiwał, a wodę rękami, niczym zwierz, pił ze strumienia, tak wielkiej, jak za sprawą Palikowa, żenady u współczesnych sobie nie wywoływał. Jednym słowem impotencję umysłową filozofa można zastąpić, ze skutkiem natychmiastowym, abnegacją kulturową z wykorzystaniem do nieprzytomności zasad demokracji. „W filozofii rzecz polega na tym, by zacząć od czegoś tak prostego, że wydaje się niewarte wypowiedzenia, a skończyć na czymś tak paradoksalnym, że nikt w to nie uwierzy” (Bertrand Russell).

Wspomniany Arystyp z Cyreny praktycznie, a teoretycznie sofiści, na etapie początków filozofii drogę ku idei wolności, jako zasadzie regulatywnej życia, mozolnie budowali. Pytanie o zakres uprawnień osobistych, bo tylko w zorganizowanym tak czy inaczej społeczeństwie można mówić o wolności, chociaż Rousseau Jan Jakub właśnie dzikusa czynił człowiekiem szczęśliwym, to pytanie było najczęściej stawiane, i jest aż po dzień dzisiejszy, przez wszelkiej maści deterministów, materialistów, a może zwłaszcza przez tych ostatnich najbardziej. Głośnym echem kwestia wolności przetoczyła się przez aule uniwersyteckie Paryża czasów średniowiecza. Szło m.in. o determinizm kosmiczny, który zaprzątał umysły uczonych średniowiecznych. Odziedziczony wraz z antycznym pojęciem fatum lub necessitas oraz przekonaniem, że zdarzenia zachodzące w świecie podksiężycowym są uzależnione od zdarzeń zachodzących w sferze nadksieżycowej. Uwieńczeniem w sensie systemowym idei wolnościowych jest egzystencjalizm ateistyczny Sartre’a. Niektórzy ośmielają się nawet twierdzić, że dopiero ten filozof zwrócił wolność człowiekowi, bo w jego filozofii wolność otrzymała prawdziwe swe miano: „Człowiek jest wolny całkowicie lub nie jest wolny wcale” (Jean-Paul Sartre).

Był już rozum z przydomkiem Boski, naturze dano również źródłowość myśli, mieli go również obywatele miast-państw greckich w przeciwieństwie do niewolników, był on jedynym pewnym narzędziem poznania, a u Kanta lśnił czystością. Nie dziw zatem, że skojarzony z tym co najwyższe, a czasem zupełnie nie osiągalne dla człowieka, bez trudu - założenie do dyskusji - osiągał przewagę w dyskursie poznawczym nad tymi, których Pascal pięknie nazwał ludźmi wyobraźni. Nawet jeśli zarazem filozof i krytyk w jednej osobie stoi na stanowisku „antyreguły”, jak wspomniany Feyerabend, to zapewne sprzymierzeńców ideowych w gronie pozytywnie zweryfikowanych metodologią Freuda, szukał nie będzie. „Człowiek dzisiejszy wszystko zniesie. Zniesie nazwanie go oszustem i łajdakiem. Nie zniesie tylko tego, gdy nazwie się go głupcem. Ze wszystkiego pozwoli się wyśmiewać, tylko nie ze swojego rozumu” (Mikołaj Gogol). W sumie odpowiedzialność w kontekście wyżej sprecyzowanej wolności oznacza: dojrzałość intelektualną, umiłowanie prawdy nade wszystko, a realizm poznawczy w szczególności.

Z kolei zapytać by trzeba czy Palikota do zasad homo erectus jakoś przekonać można? Można by drogą Hegla rozum wyobraźni nauczyć, a tę ostatnią regułom porządku badawczego podporządkować. Jednak owoce tego mariażu mogą być kwaśne, jak wtedy, gdy Marks wiedzę na wyobraźni oparł, a nią samą najwyższe reguły swego systemu regulował, dowodząc, że to nie świadomość określa byt, lecz odwrotnie, byt określa świadomość. Jednak, może by tak do Pitagorejskiego sposobu wychowania się uciec i zobowiązać przyszłego oratora, pisarza, filozofa by najpierw przez pięć lat w milczeniu każdy z nich mistrza słuchał, a potem znalazł sam szczerą odpowiedz na pytanie:, „dlaczego Bóg, czy los dał nam dwoje uszu, a tylko jedne usta”. Trafną odpowiedz, hermeneutycznie na zdrowym rozsądku budując Pitagoras proponuje: „Kto mówi, sieje, kto słucha, zbiera”.

Co wspólnego mają Paryż i Ateny, możemy z racji filozoficznych zapytać - parafrazując znane skądinąd powiedzenie? Czyli, czy można jakoś uzgodnić Sartre’a i Arystotelesa, jednak nie w znaczeniu izometrycznego przekształcenia doktryn obu filozofów, bo to zadanie zdaje się niewykonalne, a już na pewno kulturowo destrukcyjne, jak pokazuje to dobitnie przykład eklektyków, choć na innych przykładach, lecz w zbliżonej perspektywie? Odpowiedz brzmi: „Królewiec”. Miasto owe sławnym się stało przez gwiazdę pierwszej wielkości na polu filozofii – Immanuela Kanta, który zresztą i w astronomii sporo ważnych rzeczy powiedział. Filozof królewiecki wyprzedzając Arystotelesa o epistemologiczne osiągnięcia Huma, z racji rozumu teoretycznego nie mógł się zgodzić na istnienie wolności, widząc wszędzie żelazne prawa nauki. Z drugiej strony sens bytu ludzkiego może być wyjaśniony i zachowany jedynie przy założeniu nieśmiertelnej duszy i wolności woli, temu właśnie zaradzić miały postulaty rozumu praktycznego, który w ten sposób, niczym Jakub przed Ezawem, pierwszeństwo nad rozumem teoretycznym zdobywa. Jednak w onych zmaganiach nie Kant jest górą, bo jak historia to poświadcza, ludzie Arystotelesa czytają, ale Sartre’a słuchają. „Postępuj tak, jak gdyby maksyma twojego postępowania miała stać się prawem ogólnym” (Immanuel Kant).

Jak filozofię uprawiać, by, jak to mówią, ogień z wodą połączyć, czyli zachować w niej status quo wolność i jednocześnie odpowiedzialności ciężaru gatunkowego nie pozbawić?! Podjąć oryginalną próbę odpowiedzi na to pytanie, wydać się może schlebianiem próżności własnej, bowiem oznacza to wystąpić przed pierwszy szereg, gdzie wspomniani wcześniej filozofowie z własną odpowiedzią już stoją. I na nic zda się uwaga, że filozofów w szereg rankingu ustawić niepodobna, gdyż brak nam kryteriów tę operację umożliwiających, bo mówić o filozofii, to samemu ją uprawiać, a to oznacza zgodę z Kantem czy innymi filozofami, bądź ich radykalną krytyką. Nie mniej jednak, kto miano człowieka nosi, o filozofię pytać musi, w czym autorytet filozofów pozostaje najmniejszą z przeszkód. "Nie przypuszczam, aby w najbliższej przyszłości filozofia i rozum stały się wyłącznymi przewodnikami człowieka, ale dla wybranych pozostanie ona najpiękniejszym sanktuarium” (Albert Einstein).

Newsletter



Wiadomość HTML?