Reformacja w Anglii

Anglia najlepiej dowiodła swojej siły i żywotności w strasznej, wyniszczającej, trzydziestoletniej wojnie Dwóch Róż (1455-1485), Białej i Czerwonej (godła dwóch współzawodniczących z sobą rodów - Lancaster i York). Każde inne państwo pewnie rozpadłoby się pod wpływem takich wstrząsów. Było mnóstwo krwawych starć, aktów zemsty, odrażających morderstw i egzekucji dokonywanych najczęściej toporem. Dzieje wielu państw europejskich ociekają krwią nawet w okresie humanizmu; ani żadne szczytne hasła, ani walka o papierowe dogmaty nie stanowiły hamulca dla nienawiści i żądzy unicestwienia wszystkiego, co którakolwiek ze stron mających w danej chwili przewagę uznawała za złe i groźne. W Anglii stosunek człowieka do człowieka był bodaj najbardziej surowy i bezwzględny, w Anglii przestawano się obawiać przeciwnika tylko wtedy, gdy nie miał już głowy. Tak wyglądało to w XIV i XV wieku, żeby nie sięgać już dalej wstecz. Nie zahamuje tego procesu triumf reformacji, wprost przeciwnie; będą spadały głowy w przerażającym tempie i w takich samych kategoriach liczbowych. A jednak naród pozostał silny i prężny, nie uległ najazdowi ani wtedy, ani później, imponuje wytrwałością, przedsiębiorczością, wrodzonym mistrzostwem w dziedzinie żeglugi, sukcesami na innych kontynentach. Nie ma potrzeby zakrywania tego, co jest jasne jak słońce - osiągano je kosztem cierpień ludów autochtonicznych, nie inaczej przecież kształtowały się kolonialne osiągnięcia Hiszpanów, Portugalczyków, potem także Holendrów i Francuzów. Do największej potęgi wzniosła się jednak Anglia, w następnych stuleciach pierwsze przed wszystkimi imperium kolonialne - aż do drugiej wojny światowej, a co najmniej do końca XIX wieku pierwsza na świecie potęga przemysłowa. Wracając teraz do XVI wieku, kiedy to głowy padały jak deszcz: osiągnięcia kulturalne narodu angielskiego mogą usprawiedliwiać każdą zazdrość.

Wojna Dwóch Róż skończyła się klęską i śmiercią króla Ryszarda III (z rodziny Yorków) w bitwie pod Bosworth (nad rzeką Trent, na północ od Oksfordu). Zwycięzca, spokrewniony z Lancasterami hr. Richmond, otrzymał koronę jako Henryk VII (1485-1509) i zapoczątkował w Anglii panowanie dynastii Tudorów.

Po 30 latach prawie nieustannych walk ludzie mieli dość takiego życia i dlatego można mówić o powszechnej akceptacji nowego stanu rzeczy. Nie od razu jednak mogły umilknąć wszystkie echa, toteż słychać je było jeszcze długo; pojawiali się samozwańczy pretendenci, korzystali z poparcia możniejszych przedstawicieli rodu Yorków, także z pomocy udzielanej przez króla Szkocji, ale Henryk po kolei zwyciężał przeciwników, a z niektórymi ich protektorami dawał sobie radę dyplomatycznie. Egzekucje też się odbywały, chociaż Henryk VII nie odznaczał się taką krwiożerczością jak jego następca i następczynie. Żelazną ręką natomiast przeprowadzał zabiegi mające jak najbardziej umocnić władzę królewską i położył bardzo mocne fundamenty pod absolutyzm Tudorów. Świetny gospodarz, nie zapominał o tym, co było dla państwa pod tym względem korzystne. Opanował również sztukę, w której mistrzami byli Habsburgowie: umiał żenić swoje dzieci. Dla synów szukał partnerek na południu, dla córek mężów na północy i we Francji.

Najstarszy syn Henryka i następca tronu, Artur, ożenił się w 1501 r. (miał 15 lat!) z Katarzyną, córką Ferdynanda aragońskiego i Izabeli kastylijskiej; umarł jednak już w roku 1502, a Katarzyna po siedmioletnim wdowieństwie dostała się jego bratu, który w tym samym 1509 r. obejmie rządy w Anglii jako Henryk VIII. Podwójna oblubienica jakoś nie przyniosła szczęścia swojemu pierwszemu mężowi, i sama oczywiście go nie dostąpiła, także w drugim małżeństwie. W tych latach jednak związki z Hiszpanią potrzebne były Anglii do prowadzenia wielkiej polityki. Miał jeszcze Henryk VII dwie córki: Małgorzatę i Marię. Pierwsza wyszła w 1503 r. za króla Szkocji Jakuba IV (1488-1513) z rodu. Stuartów, żeby po jego śmierci znaleźć jeszcze dwukrotnie męża, a Maria została trzecią żoną króla Francji Ludwika XII, też nie kończąc jeszcze na tym kariery jako kobieta. Jej następnym mężem będzie Charles Brandon, hrabia Suffolk (tytuł otrzymany od Henryka VIII).

Te pokrzyżowane z sobą parantele są jednak konieczne do zrozumienia wielu późniejszych konfliktów politycznych i tragedii osobistych. Dwukrotnie dotkną one ród Stuartów, chociaż jego przedstawiciele zasiądą i na tronie angielskim; wstrząsającą tragedią zakończy się nie tak znów długi okres kariery Suffolków. Jeszcze przed tymi wszystkimi katastrofami pociągnie za sobą nieprzewidziane następstwa aragońskie małżeństwo Henryka VIII.

Panowanie tego króla (1509-1547) to zupełnie osobny rozdział w historii Anglii. Rządy objął jako 18-letni młodzieniec w państwie już politycznie i ekonomicznie ustabilizowanym, z bardzo wyraźnymi perspektywami dalszego świetnego rozwoju. Wychowanie odebrał staranne, inteligencji mu nie brakowało, doradców wokół siebie miał i zawsze mógł mieć w nadmiarze. Nie było jednak jeszcze w żadnym państwie takiego dworu, w którym każdy z doradców króla reprezentowałby cechy wyłącznie idealne, toteż i Henryk VIII, bardzo młody przecież, nie zawsze dokonywał trafnego wyboru i lepiej umiał pozbywać się ludzi niż ich dobierać. W osobowości tego władcy i w jego charakterze znalazło się chyba sporo z dziedzictwa surowej epoki Dwóch Róż, tyranem był ostrzejszym i znacznie groźniejszym niż znaczna większość jego koronowanych kolegów na lądzie stałym. Na szczęście dla Anglii pierwsza połowa jego 38-letniego panowania przedstawiała się znacznie spokojniej.

Trudno było natomiast Henrykowi VIII znaleźć podstawy należytej równowagi w zamęcie politycznym, jaki panował wówczas w Europie Zachodniej. Chronologicznie jego panowanie pokrywa się częściowo z rządami Ludwika XII, a całkowicie - Franciszka I we Francji; na terytoriach politycznie habsburskich odpowiednio z Maksymilianem I i Karolem V. Henryk VIII nie był biernym widzem w konflikcie Walezjuszów i Habsburgów, ale konsekwencji w jego poczynaniach też niełatwo się doszukać. Może i nie bardzo jest wskazana taka niezłomna konsekwencja w skomplikowanych grach polityczno-dyplomatycznych, zwłaszcza że zawsze chodziło też o uczestnictwo militarne. Nie rysuje się w tym jednak zbyt jasno, czego właściwie chciał, a istnieją też dostatecznie umotywowane supozycje, że często po prostu ulegał doradcom, którzy mieli na oku swoje własne interesy, sięgające też bardzo wysokich regionów.

Urodzaj był w gronie współpracowników i doradców Henryka VIII na Tomaszów: Thomas Wolsey (1475-1530), Thomas More, Thomas Cromwell (1485-1540), Thomas Cranmer (1489-1556). Wolsey, najstarszy z nich, pierwszy doszedł do największych wpływów. Wykształcony teolog, zaczynał karierę, m.in. dyplomatyczną, za Henryka VII, a po wstąpieniu jego syna na tron otrzymywał niemal co roku nowe dostojeństwa. Nie ma potrzeby wymieniać wszystkich, wystarczą te, które rzeczywiście wywołują wrażenie: arcybiskup Yorku (stolica hrabstwa Yorkshire), kardynał, lord kanclerz, wreszcie też legat papieski. Przed jego wyniesieniem na te niebotyczne szczyty Henryk VIII wspólnie z cesarzem Maksymilianem I występował przeciw Ludwikowi XII francuskiemu, z którym na odmianę zaczął wiązać jakieś nadzieje wspomniany król Szkocji, Jakub IV, mimo że żonaty z siostrą Henryka VIII. Stuartowie i przedtem, i potem zawsze mierzyli siły na zamiary - Jakub IV też nie był inny i najechał zbrojnie Anglię, doznając w 1513 całkowitej klęski w bitwie pod Flodden (na granicy Szkocji i hrabstwa Northumberland), w której sam też utracił życie. Następca, Jakub V (1513-1542), miał dopiero dwa lata; regencję objęła wdowa po jego ojcu i zaraz położyła kres stanowi wojennemu z Anglią. O swoim szczęściu też myślała, i to nawet permanentnie, bo jeszcze dwukrotnie wychodziła za mąż: już w 1514 za hr. Archibalda Douglasa, a po rozwodzie z nim - za lorda Henryka Stewarda.

Wolsey należał do tego tłumu karierowiczów politycznych, którzy pnąc się bez przerwy w górę zatracają zdrowy rozsądek i nie dopuszczają do siebie myśli, że spadną. W głowach ich kłębią się tylko ambicje, szybujące ku coraz wyższym regionom; królem nie mógł Wolsey zostać i przynajmniej to rozumiał, ale marzył o Stolicy Piotrowej. Młodszy, lecz znacznie mądrzejszy od niego cesarz Karol V potrafił tę mrzonkę wykorzystać, nie zapominając też o nadzwyczajnej miłości Wolseya do pieniędzy. Świetnie orientował się w tych rzeczach również król Franciszek I; w 1518 r. Wolsey zgodził się na pokój i przymierze z Francją. W następnym roku umarł cesarz Maksymilian, a Karol V zaczął obiecywać więcej, bo i tiarę. Nie znający granic w swoich ambicjach i chciwości Wolsey dokonał kolejnego zwrotu - już w 1521 Anglia, sprzymierzona z cesarstwem, jeszcze raz znalazła się w stanie wojny z Francją. Z tiary nie zobaczył jednak Wolsey nawet jednej nici, chociaż zbierało się konklawe w 1522 (wybór Hadriana VI) i 1523 r. (wybór Klemensa VII), wobec czego znowu doszło do zerwania z cesarstwem, a od 1528 r. do proklamowania stanu wojennego. Wygląda to wszystko niemal jak obłęd, co najmniej zaś trudno taką politykę nazwać zrównoważoną. Dojdą jeszcze do niej wielkie komplikacje wewnętrzne, które błyskawicznie spowodują też kres kariery Wolsey'a.

Od tego czasu trwać będzie na feudalnym szczycie przez długie lata niesamowity kontredans karier i wyroków śmierci. Anglia - to byli jednak nie tylko lordowie, wielcy posiadacze ziemscy, hrabiowie, markizi i książęta; istniał jeszcze lud, przede wszystkim chłopstwo, a pomijać też nie można sporej liczby miast. Już w okresie znacznie wcześniejszym stosunki na wsi angielskiej ukształtowały się inaczej niż na kontynencie, a koniec wieku XV i pierwsza połowa XVI stanowić będą okres dalszych istotnych przemian, w całej zresztą ekonomice, nie tylko w rolnictwie.

Na początku ery nowożytnej chłopi angielscy byli w zasadzie ludźmi całkowicie wolnymi, dzielili się jednak co najmniej na kilka kategorii, zależnie od stosunku do ziemi i do panów, lordów. Za rzeczywistych właścicieli użytkowanych przez siebie gospodarstw można właściwie uznać tylko chłopów najbogatszych, tzw. yeomanów, ale i oni płacili rentę lordom, a nie lordowie im. Yeomani byli w każdym razie tą kategorią chłopów, którą można charakteryzować przy pomocy określeń narzucających przekonanie o jakiejś karierze społecznej - uznaje się ich bowiem za warstwę pośrednią między chłopstwem i szlachtą. Mieli też pewne przywileje, nazywane - ale to już w znacznej mierze na kredyt - prawami politycznymi. Możliwość pełnienia niższych funkcji policyjnych i uczestniczenia w sądach przysięgłych nazwać można w najlepszym wypadku tylko otarciem się o prawa polityczne. Yeomanów nie było zbyt wielu - znaczna większość chłopów angielskich w XVI wieku to po prostu dzierżawcy, wolni, obarczani poza arendą niewielkimi na ogół świadczeniami, lecz nie dysponujący autonomicznie gruntami użytkowanymi dożywotnio; bez pańskiego konsensu nie można było przekazywać gruntów dzieciom. Istniały też inne, jeszcze luźniejsze formy związku dzierżawców (biedniejszych) z ziemią.

Przy całej specyfice tych stosunków, odróżniającej je od systemu rolnego w innych państwach, główne rezultaty procesów były takie same: różnicowanie się gospodarstw chłopskich pod względem wielkości i siły produkcyjnej. Im wyżej, tym większa była zamożność, im niżej - tym większa ruina. Przyśpieszało ją intensywne działanie czynnika, który zrodził się nie na polach, lecz w manufakturach: rozwój przemysłu angielskiego, konkretnie zaś sukiennictwa. W związku z tym hodowla owiec stawała się jednym z najkorzystniejszych źródeł dochodu, a chcąc mieć tych owiec jak najwięcej, trzeba było rozszerzać pastwiska. Taka była geneza słynnego angielskiego ogradzania, czy też ogradzań, jeśli dokładnie tłumaczyć oryginalną nomenklaturę (liczba mnoga: enclosures).

Początki ogradzania sięgają jeszcze XIII wieku. Przy pomocy tych zabiegów feudałowie włączali do swoich posiadłości głównie użytki (pastwiska), ale także nieużytki, z których tradycyjnie korzystała cała gromada. Tej wcześniejszej fazy ogradzań nie uważa się w literaturze fachowej za nieszczęście, bo nie były to jeszcze procesy zbyt intensywne, a np. zagospodarowywanie odłogów ostatecznie wychodziło na korzyść całej gospodarce. Wszystko zaczęło się gwałtownie zmieniać od końca XV wieku, pod wpływem nowych warunków: coraz bardziej rozwijał się angielski przemysł sukienniczy, już w oparciu o kapitalistyczne metody produkcji (podział pracy, najemna siła robocza), a niezależnie od tego zapewniony był zbyt wełny poza granicami kraju, głównie w Niderlandach. Zwyżkujące ceny wełny sprawiały, że przestawano liczyć się z ludźmi i obejmowano procesem ogradzania także grunty uprawne, przy czym niejednokrotnie wypędzano dotychczasowych użytkowników z domostw kiedyś im przydzielonych.

Pozbawieni gruntów chłopi najmowali się do pracy w przemyśle, ale tej nie starczało dla wszystkich. W związku z tym zastraszające rozmiary przybierało włóczęgostwo i żebractwo, szerzył się bandytyzm na drogach, rósł nieustannie w liczbę margines społeczny Londynu i innych miast. Kary nakładane za włóczęgostwo - mało powiedzieć, że były drakońskie. Powstawał ślepy zaułek, sytuacja bez wyjścia, całkowicie nierozwiązalny problem, komplikujący się jeszcze próbami różnych form protestu, zawsze zresztą beznadziejnego. W niewielkim stopniu łagodziła ten stan ingerencja państwa, które wprawdzie nie brało w obronę tych najbiedniejszych, ale do ekspropriacji chłopów poza pewną granicę posiadania nie chciało dopuścić; ktoś ostatecznie musiał płacić podatki i pełnić służbę wojskową. Dlatego kilkakrotnie w XVI wieku, a także później, wydawano ustawy przeciw ogradzaniu - że z bardzo różną skutecznością, o tym świadczy chociażby ich częstotliwość.

Takie były następstwa nie znającej granic miłości do pieniądza, charakterystycznej nie tylko dla Anglii, ale tam przenikającej dosłownie wszystko. Feudalizm angielski też był inny, nie tyle pochodzenie, ile majątek decydował o awansie społecznym, tzn. w ówczesnych warunkach - o przejściu do warstwy szlacheckiej. Należało mieć posiadłość ziemską, zawsze możliwą do kupienia, gdy się miało pieniądze, a posiadali je także kupcy czy wzbogaceni chłopi. Tak będzie się rozwijała szesnastowieczna Anglia, szybciej niż każdy inny kraj zdążając ku kapitalizmowi. Nic dziwnego, że gdy ten kapitalizm zapanuje w całej prawie Europie, Anglia pod wszystkimi możliwymi względami będzie pierwszym krajem. Hodowla owiec i sukiennictwo stanowiły główne źródło narastających, acz nie wszystkim dostępnych bogactw. Rozwinęły się jednak za Tudorów inne też gałęzie przemysłu manufakturowego (jedwabnictwo, koronkarstwo, tekstylia, wyroby żelazne i skórzane), a węgiel, rudę żelazną i inne metale wydobywano w coraz większych ilościach. Nie pozostaną też Anglicy na uboczu w epoce dalekich podróży oceanicznych i wielkich odkryć.

Anna BoleynW polityce wewnętrznej pierwsi królowie z rodziny Tudorów niewiele wprowadzali zmian instytucjonalnych, bardzo zręcznie jednak umieli nadawać pożądany i korzystny dla siebie kierunek instytucjom od dawna już działającym. Metody stosowali przy tym różne - przetasowania personalne, inne ustawienia kompetencyjne, zmiany nomenklaturowe. Jak najsłuszniej nazywa się Anglię ojczyzną parlamentu, który utrzymał się za Tudorów w całej swojej strukturze, z podziałem na Izbę Lordów oraz Izbę Gmin, tylko swoje rzeczywiste znaczenie w dużym stopniu utracił, ażeby je zresztą po kilkudziesięciu latach odzyskać aż w nadmiarze. Obaj Henrykowie obniżyli rolę parlamentu, po prostu rzadziej go zwołując, ponadto zaś - wykorzystując nieunikniony dystans i nieuniknione przeciwieństwa między obu Izbami. Nadal istniała Rada Królestwa, instytucja nie wymagająca komentowania, bo w takim czy innym układzie nieodzowna w każdej monarchii. Najwyższe kompetencje sądowe otrzymała za Henryka VII Izba Gwiaździsta, czy też całkiem ściśle: Sąd Izby Gwiaździstej, ukonstytuowany w 1487, po reorganizacji dawnej tzw. Tajnej Rady. Piękną nazwę nadano temu wysokiemu trybunałowi od gwiazd, którymi malarze ozdobili strop w sali jego obrad; wyroku śmierci też można było się doczekać pod tymi gwiazdami. Odrębne instytucje, częściowo też z kompetencjami sądowymi, działały dla niektórych ziem bardziej oddalonych od centrum i często niechętnych takiej integracji, jakiej życzyli sobie Anglicy; Walia mogłaby tu być najlepszym przykładem, Szkocja miała jeszcze swoich królów, o Irlandii będzie mowa później.

Z nie zawsze zrozumiałą satysfakcją, ba, nawet z entuzjazmem podkreśla się w stu różnych opracowaniach, że za Henryków wyłączeni zostali z wysokich instytucji państwowych przedstawiciele arystokracji, magnaci, że pozostawiono tylko posłusznych, że w ogóle mało już było tej arystokracji, bo wyginęła w wojnie Dwóch Róż, że wreszcie 0 nie tylko szlachetnie urodzeni mogli się wspinać na szczyty, a obaj rzeczeni królowie z najwyższym zadowoleniem popierali ten proces. Mnóstwo w tym wszystkim wielkiej prawdy, ale jakiś szlif jest też konieczny. Nie wyginęła w drugiej połowie XV wieku cała arystokracja angielska, nawet połowa nie. Jaskrawa analogia zawsze może się przydać, dlatego dobrze będzie zaczerpnąć ją z historii Rosji, gdzie sto lat później car Iwan IV Groźny tępił swoich bojarów przy pomocy specjalnie do tego powołanej instytucji i jej przerażających metod. Wnioski wyciąga się często takie same jak z wojny Dwóch Róż, co nie zmienia jasnego jak słońce faktu żywotności bojarstwa w późniejszym okresie. Ostrożniej też trzeba by traktować ten swoisty "demokratyzm" Tudorów, przejawiający się niekiedy w awansach ludzi z niższych regionów społecznych - choćby dlatego, że korzystali z takiej koniunktury także ludzie bez żadnego poziomu etycznego, skłonni do najbardziej odstręczających wynaturzeń, chciwi, drapieżni, o charakterach czarniejszych od smoły. Żeby umocnić swój absolutyzm, Henryk VII i Henryk VIII robili wszystko, co tylko uznawali za możliwe, a w czym mieściły się niejednokrotnie pociągnięcia odmienne niż te, które stosowano dawniej. Warto je pewnie aprobować, może z lekkim grymasem przy czytaniu np. wypowiedzi, że Henryk VII "wiedział dobrze, jak zdobyć miłość ludu". Oceniać zaś Henryka VIII lepiej już po zapoznaniu się z całym przebiegiem jego rządów.

Anglia i Walia dzieliły się na hrabstwa, od których królowie nadawali tytuły hrabiów i książąt zasłużonym działaczom i dowódcom, nierzadko też ulubieńcom bez żadnych zasług. Najczęściej spotykane: Somerset, Dorset, Sussex, Kent, Surrey, Gloucester, Hertford, Essex, Suffolk, Norfolk, Leicester, Stafford, Warwick, Monmouth, Buckingham, York, Northumberland. W praktyce zachodziły bardzo różne komplikacje. Jeśli wygasła męska linia posiadacza tytułu, ten wracał do monarchy, który mógł go nadać komuś innemu, ale nie musiał. Często mijały długie lata, zanim ktoś ten sam tytuł otrzymał, czasem następowały zmiany w kwalifikacji tytułu, np. z hrabiowskiego na książęcy. Mógł oczywiście też król odebrać tytuł, co samo przez się następowało, gdy posiadacza skracano o głowę 0 przed taką ewentualnością nie chroniło żadne dostojeństwo. Wyjaśnienia ten cały problem wymaga dla uniknięcia chaosu, tyłu bowiem spotyka się w dziejach ówczesnej Anglii Essexów, Warwicków, Suffolków, Norfolków, Buckinghamów, często z takimi samymi imionami w paru pokoleniach, że trzeba bardzo ostrożnie stąpać, by się nie zagubić w tym gąszczu. W syntetycznym ujęciu nie jest oczywiście potrzebna prezentacja wszystkich postaci, większą niezręcznością byłoby jednak pomijanie tych, które wpisały się w epokę mocno, choć nie zawsze pozytywnie.

Nawet z punktu widzenia interesów Henryka VIII, żeby teraz już do niego się ograniczyć, nie wszyscy posiadacze tytułów, jeśli spotkało ich nieszczęście - ginęli słusznie. Taką niezasłużoną śmierć poniósł w 1521 r. Edward ks. Buckingham, nosiciel tytułu, który, jeśli tak się wolno wyrazić w realistycznej narracji - nie przynosił szczęścia nawet członkom rodziny królewskiej. W 1397 r. zamordowany został Thomas ks. Gloucester, od 20 lat także hrabia Buckingham. Tytuł hrabiowski przechodził później na jego potomków (miał tylko córkę), od 1445 r. jako książęcy. Ojciec wspomnianego nieco wyżej Edwarda, Henryk ks. Buckingham, poniósł karę śmierci w 1483 r., przedtem wystąpiwszy przeciw królowi Ryszardowi III. Miał natomiast szczęście Edward - Henryk VII zasiadłszy na tronie oddał mu ten tytuł. Zaczęło się pasmo powodzeń, bo i Henryk VIII obsypywał go łaskami i awansami, dopóki w 1521 r. Wolsey nie oskarżył księcia Buckingham o zdradę stanu, co skończyło się egzekucją. Dopiero po upływie stu lat dostanie tytuł księcia Buckingham faworyt pierwszych Stuartów na tronie angielskim, George Villiers, i też zostanie zamordowany.

Tak, w latach dwudziestych Tomasz Wolsey stał u szczytu sławy i bogactw, miał nieograniczony wpływ na króla i całe worki pieniędzy, dochody z biskupstw, opactw i innych kościelnych synekur. Uginały się kolana pod wszystkimi mieszkańcami Anglii i Walii, gdy myśleli o jego potędze, on sam nabierał coraz większej pewności (przynajmniej w 1521 r., kiedy zaprowadził Buckinghama na szafot), że zostanie papieżem. To on, Wolsey, nie żenował się, używając wyrażenia "król i ja". Jego prawdziwych myśli nie odtworzymy na podstawie żadnych źródeł, nigdy nie odpowiemy na pytanie, czy nie dopuszczał możliwości, że się kiedyś zachwieje. Można jednak mieć wątpliwość, czy zapobiegłby swojemu własnemu upadkowi, nawet gdyby tak myślał. Jego działalność dyplomatyczna, jego wyczyny w polityce wewnętrznej i nieprawdopodobna zachłanność nie dają podstaw, by pasować go na wielkość, choć nie krępują się pod tym względem niektórzy historycy; nie odszedł jednak Wolsey z areny historycznej bez żadnych śladów pozytywnych. Trzeba mu poczytać za wielką zasługę, że nie był przeciwnikiem nauki i nawet własną, pieczołowicie strzeżoną kiesę potrafił nadwerężać, fundując szkoły i kolegia. Sprawiedliwość historyczna wynagrodzić go mogła tylko jednym: nie zginął od topora.



Newsletter



Wiadomość HTML?