Reformacja we Francji

Postępów luterańskiego protestantyzmu (także np. zwinglianizmu) we Francji nie można negować, chociaż w rozważaniach nad tą kwestią popada się w przesadę. Wydaje się jednak nie ulegać wątpliwości, że przenikanie tych tylko wpływów nie spowodowałoby tam zbyt głębokiego wstrząsu, gdyby nie jeszcze jeden system religijny, który znacznie mocniej zakorzenił się w kraju rządzonym przez Walezjuszów. Twórcą tego systemu był Francuz Jan Kalwin (Jean Caulvin, 1509-1564; są inne jeszcze formy jego nazwiska).

Z luteranami sprawiono by się prawdopodobnie bardzo prędko, zwłaszcza przy skłonnościach francuskiego aparatu państwowego do stosowania okrutnych represji. Gdy rozszerzy się kalwinizm, nie uniknie Francja wojny domowej, po której ani tenże kalwinizm nie zniknie, ani Francja nie przestanie być katolicką. Masowy rozlew krwi może sprawić, że ludzie dziczeją; o konstruktywne rezultaty trudniej.

Kalwin urodził się w miejscowości Noyon w północno-wschodniej części Francji (Pikardia). Pochodził z rodziny niezamożnej, ale nie miał powodów do narzekania: ubóstwo rekompensowały mu zdolności, w szkołach uchodził niemal za cudowne dziecko. Studiował teologię i prawo, u różnych mistrzów i w różnych miejscowościach, od 1531 r. także w Paryżu. Od pewnego czasu, nie dającego się zbyt dokładnie określić, lgnął ku ruchowi reformacyjnemu, po przybyciu do Paryża nie miał już zdaje się większych wątpliwości, a gdy dał temu nieco później wyraz także w wystąpieniu publicznym, pozostała mu już tylko ucieczka. Schronił się ostatecznie w Bazylei, całkowicie już pogrążonej w reformacji, i tu w 1536 r. wydał swoje koronne dzieło, Institutio religionis christianae (Nauka religii chrześcijańskiej), także po francusku. Warto przy tym dodać, że podobnie jak biblia Lutra, tak też Institutio Kalwina w jego własnym przekładzie (Institution de l'eglise chretienne) wynoszone jest na same szczyty jako świadectwo mistrzowskiego opanowania mowy ojczystej. Ta praca Kalwina zawiera cały wykład jego nauki, aczkolwiek jeszcze przez 20 z górą lat będzie w niej dokonywał zmian i uzupełnień. Poprzedził ją wysłany w sierpniu 1535 r. do Franciszka I list z ostrzeżeniami i żądaniami. Ostrzegał Kalwin przed wielkim chaosem, który niechybnie we Francji nastąpi i spowoduje nieobliczalne skutki, jeśli nie położy się kresu prześladowaniom niekatolików; ludzie poddawani represjom nie dążą do żadnego przewrotu, są całkowicie niewinni.

Nie pierwszy i nie ostatni w dziejach Kalwin pisał do władcy. Wiadomo już, że przedtem wysłał do tegoż Franciszka I swoje wyznanie wiary Zwingli, a po nich obu będą jeszcze dziesiątki analogicznych listów - wszystkie z takim samym rezultatem. Różnice zachodziły natomiast między nadawcami, także między Zwinglim i Kalwinem. Pierwszy z nich pisał wierząc, że król skłania się trochę ku nowym prądom; Kalwin raczej nie mógł mieć tych złudzeń, jeśli w ogóle miewał kiedykolwiek jakieś złudzenia. Był człowiekiem twardym jak głaz i zimnym jak lód, ponurym, nie wiedzącym co to uśmiech, bezwzględnym i despotycznym. Zwracając się do Franciszka I, nie był szczery, choć chyba o tym nie myślał: francuscy wyznawcy nowej wiary może i nie chcieli wszystkiego obalać, ale łatwo można sobie wyobrazić, jak wyglądałaby Francja, gdyby tak każdy Francuz - dobrowolnie czy z przymusu - przyjął kalwinizm. Zrozumieć to można oczywiście tylko przez porównanie z działalnością Kalwina w Genewie.

W nauce swojej szedł Kalwin dalej niż Luter i trochę dalej niż Zwingli. Ogólna zasada była ta sama: tylko Pismo Święte jest źródłem wszelkiej prawdy. Lutrowi natomiast sama wiara wystarczała do zbawienia, a Kalwin wprowadzał naukę o predestynacji: ludzie są przez Boga z góry przeznaczeni na potępienie, albo na wejście do królestwa bożego. Predestynacja może pozbawić chęci do życia, ale Kalwin znalazł na to radę: trzeba wierzyć, że się jest przeznaczonym do zbawienia i żywiąc taką nadzieję wypełniać swoje życie samymi cnotami. Przyjmując z sakramentów tylko chrzest i komunię (pod dwiema postaciami), uznawał ten drugi - odmiennie niż Luter - tylko za duchowe przeżycie, bez obecności Chrystusa. Wszystkie zewnętrzne akcesoria katolicyzmu Kalwin także odrzucał, pozostawiając w każdym kościele tylko jeden ołtarz z czarnym krzyżem. Zagłębiając się w różne bardziej szczegółowe przypadki można by wyrazić niemałe zdziwienie, że taka przygnębiająca, żałobna sceneria odpowiadała Francuzom, tak skłonnym do życia i użycia. Łącząc obie te kategorie wypada od razu powiedzieć, że pod rządami Kalwina to "używanie życia" będzie raczej dość trudne...

Przybywając po raz pierwszy do Genewy, Kalwin zastał grunt w znacznym stopniu przygotowany. Janem Chrzcicielem Kalwina w Szwajcarii był Guillaume Farei (1489-1565), także Francuz, jeszcze jeden z grona reformatorów urodzonych w latach osiemdziesiątych XV wieku, w odróżnieniu od innych luminarzy reformacji raczej mówca niż pisarz. Farel przejął się już pierwszymi powiewami reformacji i równie prędko zabrał się do głoszenia nauk w tym duchu. Działał w wielu ośrodkach i bardzo często je zmieniał, z dwóch przyczyn: albo z własnej woli, albo wypędzony. Wreszcie znalazł najlepsze pole działania w miastach szwajcarskich, a chociaż też go wypędzano, przecież dość liczne sukcesy notował i w niejednym ośrodku przyśpieszał zwycięstwo reformacji, np. w Neuchatel (Neuenburg), a po dłuższej nieco pracy i większych wysiłkach także w Genewie. Trzeba mu oddać sprawiedliwość: nie obawiając się konkurencji, skłonił przejeżdżającego w 1536 r. przez to miasto Kalwina do pozostania.

Zaczęły się w Genewie rządy tego duumwiratu, na razie tylko religijne - innych atrybucji rada miejska jeszcze nie dawała sobie wydrzeć. Obaj reformatorzy byli pod wieloma względami bardzo podobni do siebie: arbitralni, rygorystyczni do obłędu, nie mający nic wspólnego z jakąkolwiek tolerancją, bezlitośni dla rzeczywistych i urojonych przeciwników. Ewangelia była dla nich jedynym źródłem prawdy chrześcijańskiej, ale w Ewangelii mówi się też o miłości bliźniego, a z tą nie chcieli mieć żadnej styczności. Jeszcze wtedy Genewa nie wytrzymywała tego wszystkiego i w 1538 r. wygnano obu z miasta. Farel znowu wybrał Neuchatel jako główne miejsce swojej działalności, prowadzonej zresztą nie bez przeróżnych zgrzytów. Kalwin osiedlił się na trzy lata w Strasburgu, od dawna już zreformowanym; zorganizował tu gminę i wygłaszał przemówienia, otaczany niezmienną czcią i szacunkiem. Tymczasem w Genewie uzyskali jego zwolennicy większość w radzie miejskiej i jęli go zapraszać do powrotu, tylko Strasburg się nie zgadzał. Życie Kalwina będzie odtąd jednym pasmem szczęścia - takiego, jakie sobie w swojej posępnej duszy wymarzył: już mu do końca dni jego towarzyszyć będą nieustannie wpływy, władza i znaczenie. Jeszcze był w Strasburgu, a już Genewa przyjęła na jego polecenie jednego z teologów i powierzyła mu kierownictwo szkoły. Był nim Sebastien Chateillon (Castellio, 1515-1563), świetny znawca greczyzny i zagadnień teologicznych, ale, jak się okaże - nie podzielający fanatyzmu Kalwina. Ostatecznie Kalwin wrócił do Genewy w 1541 roku, ażeby pozostać w tym mieście do śmierci, 23 lata, i do śmierci nim rządzić.

Status polityczny ówczesnej Genewy nie jest zbyt łatwy do przedstawienia. Od XI wieku w składzie cesarstwa, ale w bardzo specyficznej konstelacji, z szerokimi kompetencjami biskupów tego miasta, którym jeszcze w tym samym stuleciu przyznano tytuły książęce. Potem zaczęły krzyżować się z sobą inne tendencje: mieszkańcy dążyli do całkowitej samodzielności, a największą przeszkodą na tej drodze były zakusy hrabiów Sabaudii (od 1416 r. książąt), którzy weszli w posiadanie niewielkiej prowincji genewskiej i chcieli też zawładnąć samym miastem. Niestety, Genewa leżała na najdalszym, południowo-zachodnim krańcu dzisiejszej Szwajcarii, na granicy z Francją i właśnie z Sabaudią - nie mogła więc takiego losu uniknąć. Ciągle jednak zwierzchnikiem Genewy był biskup. Jeden z tych biskupów odstąpił swoje prawa księciu sabaudzkiemu Karolowi III (1504-1553), mężowi bezwzględnemu, bardzo energicznemu i w określonych sytuacjach nie przebierającemu w środkach. Przeciwstawiali się temu niektórzy młodzi działacze genewscy, wśród nich słynny "więzień Chillonu", Francois Bonivard (1492-1570), którzy między innymi wystąpili z koncepcją przyłączenia się do federacji szwajcarskiej.

Bonivard urodził się w Górnej Sabaudii, w rodzinie bogatej i wpływowej; nie najgorszym dowodem może być to, że mając lat 17 został opatem klasztoru św. Wiktora w Genewie. Przy tej okazji trudno powstrzymać się od refleksji, że te nominacje kilku- i kilkunastoletnich chłopców na najwyższe stanowiska duchowne o wiele bardziej zaszkodziły Kościołowi niż odpusty. W 1519 r. książę Karol III wkroczył na czele swoich zbrojnych do Genewy. Bonivard zdołał uciec, ale to go nie uratowało; schwytany i wydany księciu, znalazł się w więzieniu, które dzięki wstawiennictwu swojej rodziny po roku opuścił, zrzekając się opactwa. Potem zaczęło się trudne, dziwne i powikłane dziesięciolecie. Biskup przywrócił dostojeństwo Bonivardowi. Rządy księcia mocno zaciążyły nad miastem, poważne represje dotknęły niektórych wolnościowych działaczy, ale Bonivard działał nieustępliwie, chcąc odzyskać to, co utracił, m.in. dobra posiadane w Sabaudii. Rok 1530 przyniósł dalsze komplikacje. Genewa już przedtem sprzymierzyła się z niektórymi kantonami szwajcarskimi i książę musiał wreszcie przyznać jej samodzielność. Jednocześnie zdołał podstępem dostać w swoje ręce Bonivarda i wtrącił go do lochów w zamku Chillon, na wschodnim brzegu Jeziora Lemańskiego. Niewola trwała sześć lat, lecz za to przyniosła Bonivardowi nieprzemijającą sławę - przede wszystkim uwiecznił go Byron w swoim poemacie Więzień Chillonu (The Prisoner of Chillon) jako jednego z najwspanialszych i największych rycerzy i męczenników wolności.

Sześć lat trwających cierpień nie wolno bagatelizować. Co najmniej dla ścisłości wypada jednak też dodać, że takie znów za bardzo niepokalane życie Bonivarda nie było, począwszy od owego opactwa w 17 roku życia. Niezależnie od swojego genewskiego patriotyzmu nigdy nie przestawał pierwszoplanowo traktować własnych interesów i dochodów, walcząc o nie przez całe długie lata. Nie zapominał też o przyjemnościach życiowych - żenił się tylko pięć razy. Z Chillonu wyszedł w 1536 r., gdy Franciszek I zdobywał Sabaudię; wrócił wtedy do Genewy, potem przeniósł się do Berna i procesował się z Genewą, żeby wreszcie pogodzić się z nią po otrzymaniu pewnych rekompensat. Na dobro trzeba mu zapisać umiejętności pisarskie (m.in. wysoko ceniona Kronika Genewy) i przekazanie miastu biblioteki. Wspomniane rekompensaty objęły również utraconą godność przeora - wiadomo już, że w Genewie znikały w tym czasie bez śladu relikty katolicyzmu; odszedł od niego i Bonivard.

Do tej Genewy wrócił Kalwin w 1541 r., już jako absolutny jedynowładca, duchowny i świecki, moralny, ale także w tym wszystkim, co dotyczyło materii. Szukanie jakichś porównań jest wysiłkiem bodaj beznadziejnym. Savonarola, Münzer, Jan z Lejdy? Coś w takim zestawieniu jest, ale gdzie im tam do Kalwina! W niewytłumaczalny raczej sposób zdobył ten człowiek władzę nad mieszkańcami Genewy i stworzył system nie mający ani jednej szczeliny, przez którą mogłoby się wsączyć jakiekolwiek przeciwieństwo. Kalwin i opozycja to dwa pojęcia całkowicie rozłączne, przeciwstawne, nie mające żadnych punktów stycznych jak dwie proste skośne, bo nawet równoległe mogą się podobno przecinać w nieskończoności. Podkreśla się nieraz, że w dziełach swoich Kalwin jest niezrównany, jeśli chodzi o dobór argumentów i umiejętność rozumowania. Spokojnie można z tym się zgodzić, a nawet przyjąć, że taki sam był w rozmowach i we wszystkich swoich wystąpieniach. Gdzie i kiedy jednak cała społeczność poddaje się i ślepo przyjmuje nawet dobrze dobrane argumenty? Nie trzeba przy tym zapominać o jednym: w Genewie Kalwin więcej wyrokował, niż argumentował.

Bez szemrania, bez wątpliwości i sprzeciwów przyjmowano każdą jego propozycję i każde zarządzenie. Najwyższą władzę w mieście otrzymał konsystorz, złożony z 6 kaznodziejów i 12 osób świeckich. Zarządzenia jego miały moc prawną, ale specyfika tego urzędu polegała też na uprawnieniach do kontrolowania obyczajowości i wszelkich możliwych wykroczeń przeciw dyscyplinie kościelnej. Całe życie obywateli Genewy zostało ujęte w karby, wtłoczone w surowe przepisy, poddane nieustannej kontroli w każdym szczególe, zmuszone do ślepej uległości wobec niezliczonych zakazów. Obserwowano życie prywatne, śledzono słowa i postępowanie, określano dokładnie, jak należy się ubierać i co jeść, zabroniono uciech i przyjemności, wykluczono możliwość zawierania małżeństw mieszanych, zniesiono oczywiście wszystkie obrzędy i wszystkie najdrobniejsze nawet przejawy zewnętrzne dawnego kultu. Dzieciom wolno było nadawać tylko biblijne imiona. Odpadły zabawy ludowe, tańce i przedstawienia, także czytanie książek o świeckiej treści.

Zaznaczono wyżej, że cała społeczność Genewy poddała się temu systemowi z pogranicza obłędu. Teraz, po bliższych wyjaśnieniach, trzeba to uściślić: musiała się poddać. Ci, którym to wszystko jednak dogadzało i prowadziło ich do zbawienia, stanowili znaczną większość i to można uznać za niepojęte; jednakowoż byli również - nie mogło być inaczej - niezadowoleni, nazywani "libertynami" i czasem próbujący też przechodzić do aktywności, łamanej bez litości ogniem i mieczem. Przeraża liczba 60 osób straconych już w pierwszym pięcioleciu rządów Kalwina, a były inne jeszcze kary, pręgierz i wygnanie, pewnie przyjmowane z radością. Palono ludzi na stosie lub ucinano im głowy. Polecony przez Kalwina na stanowisko rektora szkoły Sebastian Chateillon ledwie uszedł z życiem, uciekając w 1544 r. z Genewy do Bazylei. Na stos szły także kobiety, dosłownie za nic, za jakieś drobiazgowe "przewinienia". W czerwcu 1547 r. ktoś zostawił przy kazalnicy, na którą właśnie miał wstępować wielki reformator, kartkę z pogróżkami i z obelżywymi słowami pod adresem jego pomocników. Żadnymi zaklęciami nie mógł uratować się oskarżony o to "libertyn", Jacques Gruet, jedna z niezliczonych ofiar na ołtarzu kalwińskiego fanatyzmu; torturowano Grueta wielokrotnie i 26 lipca ścięto. W 1553 r. splamiono się najbardziej niegodnym, hańbiącym wyrokiem - spalono na stosie teologa hiszpańskiego, Serveta.

Servet (Miguel Serveto, 1511-1553) zajmował się też astrologią, matematyką i medycyną, w tym ostatnim dziale nauki utrwalił swoje nazwisko jako badacz procesów krążenia krwi. Najbliższe były mu jednak problemy wiary i na te tematy pisał najwięcej, tylko że nie podobała mu się Trójca Święta, a nawet Kalwin tak daleko nie poszedł. Servet działał we Francji, w Lyonie drukował niektóre swoje pisma, tam też go więziono, ale zdołał uciec i na swoje nieszczęście przybył do Genewy. Po procesie spalono go jako niepoprawnego heretyka, a tych, którzy chcieli go ratować, ukarano zakazem przyjmowania komunii. Szeroki był diapazon kar w państwie Kalwina...

W 1549 r. zdarzył się niemal cud: Kalwin zgodził się na porozumienie z zwinglianami - od tego czasu datuje się Kościół ewangelicko-reformowany, przeciwstawiając się ewangelicko-augsburskiemu, tzn. luterańskiemu. Było to osiągnięcie dużego kalibru, ułatwiające też dalszą ekspansję, podczas gdy luteranizm zakrzepł w znacznej części Niemiec, w krajach skandynawskich i w niektórych mniejszych prowincjach, m.in. w Inflantach. Mówiąc o tym osiągnięciu, trzeba wspomnieć co najmniej jeszcze o jednym: w 1559 r. powstała w Genewie z inicjatywy reformatora akademia teologiczna. Objął ją jako rektor jeden z najwierniejszych uczniów Kalwina, Teodor Beza (Theodore de Bese, 1519-1605), także Francuz, pisarz, historyk, tłumacz i edytor. On będzie długowiecznym następcą mistrza. Z murów akademii genewskiej wyjdą różne kalwińskie znakomitości, wykształceni duchowni, którzy nie bez powodzenia działać będą we Francji, w Niderlandach i w Szkocji.

Kalwin zadowolił się profesurą w akademii nie tyle powodowany skromnością, ile dlatego, że siły odmawiały mu posłuszeństwa. Był zawsze słaby fizycznie, z wiekiem, aczkolwiek jeszcze nie podeszłym, zjawiały się nowe dolegliwości, wyczerpywała go nadmierna praca, kaznodziejska, profesorska, organizacyjna, polityczna, pisarska i wydawnicza. Pisał bardzo wiele, prowadził też rozległą korespondencję, zbiorowe wydanie jego dzieł obejmie kilkadziesiąt tomów. Dziewięć lat trwało jego życie rodzinne. Ożenił się w 1540 r. z wdową, Idelette von Bure i miał z nią syna, który umarł jako dziecko; żonę utracił w 1549 r.

Z Genewy szerzył się kalwinizm w kierunku na północ i na zachód, zyskując mnóstwo wyznawców zwłaszcza w południowej Francji i w Niderlandach, ale także - rzecz znamienna - w Paryżu. Nie jest to takie łatwe do wytłumaczenia, że z jednej strony działano we Francji przy pomocy najsurowszych represji, z drugiej zaś ciągle pojawiały się nowe hugenockie domy modlitwy, a nabożeństwa zbliżały się czasami nawet do granicy jawności. W 1559 r. potrafiono odbyć pierwszy swój synod - jego uchwały można rozpatrywać jako podstawę organizacji Kościoła reformowanego we Francji. Częściowo wyjaśnia te możliwości opieką ze strony niektórych wysoko postawionych osób, do których kalwinizm też skutecznie dotarł. Byli wśród nich dwaj bracia książęta z rodu Burbonów; Antoni de Bourbon, książę de Vendóme (1518-1562), od 1548 r. małżonek Joanny d'Albret (1528-1572), córki wspomnianych już - króla Nawarry Henryka II i Małgorzaty de Valois), od śmierci jej ojca w 1555 tytularny król Nawarry (ważniejsza była pozycja Joanny jako dziedzicznej królowej); drugi przywódca hugenotów w tej rodzinie to Ludwik de Conde (Kondeusz, 1530-1569), od którego zaczyna się dom Kondeuszów.

Nie taka prosta była droga życiowa obu dostojnych braci. Antoni porzucił katolicyzm pod wpływem żony - cóż, nawet dla takiego mizernego królestwa jak Nawarra warto było pewnie machnąć dłonią na wiarę ojców; jego syn zrobi to samo, tylko mądrzej, bo dla Paryża i całej Francji. Sama Joanna d'Albret była zaciekłą kalwinistką - zostawszy królową, wprowadziła reformację w Nawarze. Żarliwość hugenocka popchnie Antoniego de Bourbon do udziału w spisku na życie króla Franciszka II, ale zbyt długo nie potrwa; uwięziony, szczęśliwie prędko wypuszczony, porzuci z kolei kalwinizm i będzie walczył przeciw hugenotom na czele wojsk katolickich. O Ludwiku Kondeuszu też można powiedzieć, że działał w masce, albo - że był dwulicowy. Od 19 roku życia uczestniczył w różnych bitwach i oblężeniach, w 1552 zdobywał pod królem Henrykiem II lotaryńskie twierdze, był pod Saint-Quentin i pod Calais. Potem weźmie kierowniczy udział we wspomnianym już spisku i wreszcie odsłoni przyłbicę i stanie się jednym z głównych przywódców hugenockich. Ostatnie dziesięciolecie jego krótkiego życia to kalejdoskop aż trudny do oglądania: bitwy, spiski, przejściowe zmiany frontu i inne jeszcze przypadki, nie najlepiej świadczące o etyce i patriotyzmie. Są też niemałe wątpliwości co do poziomu moralnego, co musi być o tyle zastanawiające, że legalnych dzieci miał jedenaścioro, co prawda z dwóch żon.

Gdy mowa o ówczesnych wodzach hugenotów, konieczna się staje prezentacja jeszcze jednej osobistości. To Gaspard de Coligny (1519-1572), bardzo dzielny żołnierz, także uczestnik wielu starć zbrojnych, ceniony przez Franciszka I i Henryka II, z którym odbył w 1552 r. wyprawę do Lotaryngii, otrzymując w tym czasie godność admirała Francji. Pod Saint-Quentin w 1557 r. poszedł na dwa lata do niewoli, z której ledwie się wykupił. Niewola była hiszpańska, ale trzymano go w niderlandzkich ośrodkach; trudno o tym nie wspomnieć, bo wtedy właśnie przeszedł na kalwinizm. Po odzyskaniu wolności i śmierci Henryka II Coligny stanie się jedną z głównych postaci hugenockiego szczytu.

Szczyt katolicki reprezentowali oczywiście Gwizjusze. Obie strony darzyły się nawzajem nienawiścią, tylko niełatwo byłoby określić, która z nich nienawidziła zacieklej. W niedawnej jeszcze przeszłości bywało różnie, podczas wojen zdarzały się też wypadki współdziałania, ale nie pozostało z tego ani śladu. Ostatnie lata Henryka II i krótkie panowanie Franciszka II nadały istniejącym konfliktom temperaturę żaru. W latach 1559 i 1560 Gwizjusze decydowali absolutnie o wszystkich najważniejszych sprawach, toteż mogło się hugenotom wydawać, że wystarczy odsunąć ich od króla, a Francja przemieni się w raj, zwłaszcza dla innowierców. Ziarno słuszności w tym rozumowaniu było, fatalnie wypadła jednak realizacja. Ktoś wpadł na absurdalny i tragiczny w skutkach pomysł porwania młodego króla. Spisek dojrzewał szybko, ludzie się znaleźli, ale konspiracja była marna i straty poniesiono znaczne. Znalazł się przecież oddział straceńców, którzy w marcu 1560 r. podjęli próbę opanowania zamku w Amboise (nad Loarą, na wschód od Tours), w którym Walezjusze dość często rezydowali, a wtedy przebywał Franciszek II. Chyba nigdzie we Francji nie było tak głębokich, rozgałęzionych i rzadko pustych lochów jak w Amboise; o tym napastnicy powinni byli też pomyśleć. Zamach się nie udał, 1200 ludzi zapłaciło za to życiem, a Gwizjusze kazali wykonywać wyroki najbardziej barbarzyńskimi metodami. W następnych miesiącach ujęto obu książąt burbońskich, króla Antoniego i Ludwika Kondeusza. Wydawało się, że tego drugiego nic nie uchroni przed szafotem, miał przecież szczęście: ocalenie przyniosła mu śmierć Franciszka II.


Newsletter



Wiadomość HTML?