Konflikt w Ruandzie

Ruanda to mały kraj, położony w środkowej Afryce. Dla Afryki charakterystyczne są raczej równiny i płaskowyże, tymczasem Ruanda to góry i wyżyny. Sąsiadami Ruandy jest Zair, Tanzania, Uganda i Burundi. Kraj zamieszkuje około 7,7 mln mieszkańców (dane z 2000 r.). Ludność państw afrykańskich jest z reguły wieloplemienna (Kongo zamieszkuje trzysta plemion, Nigerię - dwieście pięćdziesiąt itd.), w Ruandzie mieszka tylko jedna społeczność, jeden naród - Banyaruanda, dzielący się tradycyjnie na trzy kasty: kastą właścicieli stad bydła - Tutsi (14 procent ludności), kastę rolników - Hutu (85 procent) i kastę wyrobników i posługaczy - Twa (1 procent).

Między XIII a XIV w. plemiona Tutsi przybyły na tereny między jeziorami Wiktorii, Tanganika i Alberta i podporządkowały sobie miejscową ludność Hutu. Krajem rządził monarcha otoczony grupą arystokratów i rzeszą rodowej szlachty. Chronione przez góry królestwo to było państwem zamkniętym, nie utrzymującym z nikim stosunków. Banyaruanda nie organizowali podbojów i - podobnie jak kiedyś Japończycy - nie wpuszczali na swój teren cudzoziemców (stąd np. nie znali handlu niewolnikami, który był zmorą innych ludów afrykańskich). Pierwszym Europejczykiem, który dotarł do Ruandy w 1894 r., był Niemiec, podróżnik i oficer, hrabia G.A. von Goetzen. Warto dodać, że już osiem lat wcześniej mocarstwa kolonialne na konferencji w Berlinie, dzieląc między siebie Afrykę, przyznały Ruandę właśnie Niemcom, o czym zresztą żaden Ruandyjczyk, łącznie z królem, nawet nie został powiadomiony. Przez te lata Banyaruanda żyli jako lud skolonizowany,  w ogóle o tym nie wiedząc. Również później Niemcy mało się tą kolonią interesowali, a po I wojnie światowej utracili ją na rzecz Belgii. Belgowie też przez długi czas nie przejawiali tu większej aktywności. Do Ruandy było od wybrzeży morskich daleko, bo ponad 1500 kilometrów, ale przede wszystkim kraj nie przedstawiał większej wartości, bo nie znaleziono w nim właściwie żadnych ważnych surowców. Dzięki temu ukształtowany przed wiekami system społeczny Banyaruanda mógł w tej górzystej twierdzy przetrwać w nie zmienionej postaci do drugiej połowy XX wieku.

Tutsi nie są pasterzami ani koczownikami, nie są nawet hodowcami. Są właścicielami stad, panującą kastą, arystokracją. Natomiast Hutu to o wiele liczniejsza, podległa im kasta rolników. Między Tutsi i Hutu istniały stosunki lenne - Tutsi był seniorem, Hutu jego wasalem. Byli rolnikami żyjącymi z uprawy ziemi. Część zbiorów oddawali swojemu panu    w zamian za opiekę i otrzymaną od niego w użytkowanie krowę. Wszystko jak w feudalizmie - ta sama zależność, te same zwyczaje, ten sam wyzysk. Stopniowo, w połowie XX wieku, między obu kastami narasta dramatyczny konflikt. Przedmiotem sporu jest ziemia. Ruanda jest mała, górzysta i bardzo gęsto zaludniona. Tymczasem stada posiadane przez Tutsi rosną i potrzebują więcej pastwisk. Te nowe pastwiska można stworzyć tylko w jeden sposób: odbierając ziemię chłopom. Oto jak wygląda sytuacja w Ruandzie w latach 50., kiedy na scenę wkraczają Belgowie. Stają się oni teraz bardzo aktywni, bo Afryka przeżywa właśnie moment zapalny, podnosi się fala niepodległościowa, antykolonialna, trzeba więc działać, podejmować decyzje. Dotychczas Belgowie rządzili Ruandą rękoma Tutsi, na nich się opierali i nimi wysługiwali. Ale Tutsi to najlepiej wykształcona i ambitna warstwa Banyaruanda i teraz to oni właśnie żądają niepodległości. I to natychmiast, na co Belgowie są zupełnie nie przygotowani! Więc Bruksela gwałtownie zmienia taktykę: porzuca Tutsi i zaczyna popierać bardziej uległych, pojednawczych Hutu. Ośmieleni, zachęceni Hutu ruszają do walki. W 1959 roku w Ruandzie wybucha chłopskie powstanie. Właśnie w Ruandzie, jako jedynym kraju afrykańskim, ruch niepodległościowy przybrał formę społecznej, antyfeudalnej rewolucji. Uzbrojeni w maczety, motyki i dzidy Hutu ruszyli na swoich panów-władców Tutsi. Zaczęła się wielka rzeź, jakiej Afryka dawno nie widziała. Chłopi palili gospodarstwa swoich lordów, a im samym podrzynali gardła. Ruanda spłynęła krwią, stanęła w ogniu. Kraj w tym czasie liczył 2,6 miliona mieszkańców, w tym było trzysta tysięcy Tutsi. Przyjmuje się, że dwadzieścia tysięcy Tutsi zostało wówczas zamordowanych, a sto tysięcy uciekło do krajów sąsiednich - Konga, Ugandy, Tanganiki i Burundi. Monarchia i feudalizm przestały istnieć, a kasta Tutsi utraciła swoją dominującą pozycję. Władzę przejęło teraz chłopstwo Hutu. Kiedy Ruanda uzyskała niepodległość w 1962 roku, ludzie  z tej właśnie kasty utworzyli pierwszy rząd. Na jego czele stanął wówczas młody dziennikarz Gregoire Kayibanda. Rewolucja 1959 roku podzieliła naród Banyaruandy na dwa przeciwstawne obozy. Tutsi, którzy rozłożyli się w obozach wzdłuż granic, spiskują  i kontratakują. W roku 1963 uderzają od południa, z sąsiedniego kraju, z Burundi, gdzie ich pobratymcy, burundyjscy Tutsi, sprawują rządy. Po dwóch latach - nowa inwazja Tutsi. Armia Hutu powstrzymuje ją i w odwet organizuje w Ruandzie wielką, okrutną rzeź Tutsi. Ginie ich dwadzieścia tysięcy, inni szacują, że pięćdziesiąt. Z Ruandy uciekają przerażone, poranione kobiety z dziećmi. Mężczyzn najczęściej zabijano w pierwszej kolejności. Latami trwają pograniczne walki, pogromy, masakry. Partyzanci Tutsi (zwani przez Hutu - karaluchami) palą wsie i mordują miejscową ludność. Ta z kolei, wspierana własnym wojskiem, urządza gwałty i rzezie. Belgowie opuścili tereny objęte wojną w 1961 r.

Bliźniaczym krajem Ruandy jest jej południowy sąsiad - Burundi. Ruanda i Burundi mają podobną geografię, zbliżony typ społeczeństwa, wspólną, wielowiekową historię. Ich losy rozeszły się dopiero w 1959 roku: w Ruandzie zwyciężyła chłopska rewolucja Hutu, a jej liderzy objęli w państwie władzę, natomiast w Burundi Tutsi utrzymali i nawet umocnili swoje panowanie, rozbudowując armię i tworząc coś w rodzaju feudalnej dyktatury militarnej. Jednakże istniejący dawniej system naczyń połączonych między obu krajami-bliźniakami działał nadal i rzeź Tutsi przez Hutu w Ruandzie wywoływała w odwecie rzeź Hutu przez Tutsi w Burundi i vice versa.

W 1973 r. władze w Ruandzie przejął przez zamach stanu, wywodzący się z Hutu, generał Habyarimana. W 1975 r. założona przez niego partia stała się jedyną legalną, a Habyarimana został prezydentem państwa. Pokonany prezydent Gregoire Kayibanda reprezentował klan Hutu z centrum kraju uznawany za umiarkowanie liberalny. Natomiast nowy władca pochodził z klanu, który stanowił radykalne, szowinistyczne skrzydło Hutu. Nowy prezydent poświecił się dwóm zadaniom: dyktaturze i prywatyzacji państwa. Przez lata Ruanda stawała się prywatna własnością klanu, do którego należała cała rodzina prezydenta. Jego żona i bracia mieli własne pałace, władali wojskiem, policją, bankami i administracją Ruandy.

Przez długi czas nikt nie zwraca uwagi na fakt, że w Ugandzie wyrosła dobrze wyszkolona i doświadczona w walkach armia mścicieli Tutsi, którzy tylko myślą, jak by tu wziąć odwet za hańbę i krzywdy wyrządzone ich rodzicom. Na razie odbywają tajne zebrania, powołują organizację Narodowy Front Ruandy i przygotowują się do ataku. W nocy 30 września 1990 roku znikają z koszar armii ugandyjskiej i z przygranicznych obozów i o świcie wkraczają na terytorium Ruandy. Habyarimana ma armię słabą i zdemoralizowaną, a od granicy z Ugandą do Kigali (stolicy Ruandy) jest niewiele ponad 150 kilometrów. Habyariman poprosił prezydenta Francji Mitterranda o pomoc. Pomoc została udzielona, gdyż - według filozofii francuskiej -  jeśli kraj, w którym mówi się po francusku, jest atakowany, to tak jakby atakowana została Francja. W Ruandzie wylądowały dwie kompanie francuskie i to powstrzymało mścicieli Tutsi. Zajęli oni na stałe północno-wschodnie tereny Ruandy. Habyarimana liczył, że z czasem będzie na tyle silny, iż wyprze partyzantów, ci zaś, że kiedyś Francuzi wycofają się i wówczas reżim razem z całym klanem Akazu padną następnego dnia. W obozie rządzących Ruandą dochodzi do gwałtownych sporów między zwolennikami kompromisu i utworzenia koalicyjnego, narodowego rządu (ludzie Habyarimany plus partyzanci) a fanatycznym, despotycznym klanem Akazu. Habyarimana nie wie, co robić, i coraz bardziej traci wpływ na rozwój wypadków. Szybko i niepodzielnie górę bierze szowinistyczna linia klanu Akazu. Obóz Akazu ma swoich ideologów - to intelektualiści, uczeni, profesorowie wydziałów historii i filozofii ruandyjskiego uniwersytetu w Butane. Jeden z nich - Ferdinand Nahiman - głosi, że Tutsi to najzwyczajniej obca rasa. To Niloci, którzy przyszli do Ruandy gdzieś znad Nilu, podbili rodzimych mieszkańców tej ziemi - Hutu, zaczęli ich wyzyskiwać, niewolić i rozkładać od wewnątrz. Tutsi zawładnęli wszystkim, co jest w Ruandzie cenne: ziemią, bydłem, rynkami, a z czasem i państwem. Hutu zostali zepchnięci do roli podbitego narodu, który wiekami żył w nędzy, głodzie i poniżeniu. Ale naród Hutu musi odzyskać swoją tożsamość i godność, jako równy zająć miejsce wśród innych narodów świata. Profesor uważa, że to ostatni moment, aby ten błąd naprawić. Tutsi muszą wrócić do swojej prawdziwej ojczyzny, gdzieś nad Nilem. Odeślijmy ich tam, nawołuje, "żywych albo martwych". Tak więc uczeni z Butare widzą jako jedyne wyjście - ostateczne rozwiązanie: ktoś musi zginąć, przestać istnieć raz na zawsze.

Armia, która liczyła pięć tysięcy ludzi, została powiększona do 35 tysięcy żołnierzy. Drugą siłą uderzeniową staje się Gwardia Prezydencka, elitarne, nowocześnie i bogato wyposażone jednostki (instruktorów przysyła Francja, a broń i sprzęt - Francja, RPA i Egipt). Ale największy nacisk kładzie się na tworzenie masowej, paramilitarnej organizacji - Interahamwe (tzn. Uderzmy Razem). Należą do niej i odbywają w niej szkolenia wojskowe i ideologiczne ludzie ze wsi i miasteczek, bezrobotna młodzież i biedne chłopstwo, uczniowie, studenci i urzędnicy.

W połowie roku 1993 państwa afrykańskie wymusiły na Habyarimanie zawarcie porozumienia z Frontem Narodowym Ruandy (FNR). Partyzanci mieli wejść w skład rządu i parlamentu oraz stanowić 40 proc. armii. Ale taki kompromis był nie do przyjęcia dla klanu Akazu. Traciliby monopol władzy, a na to nie chcieli się zgodzić. Uznali, że wybiła godzina ostatecznego rozwiązania. 6 kwietnia 1994 roku "nieznani sprawcy" zestrzelili rakietą w Kigali podchodzący do lądowania samolot, w którym leciał wracający z zagranicy prezydent Habyariman, zhańbiony podpisaniem kompromisu z wrogami. Było to hasłem do rozpoczęcia rzezi przeciwników reżimu - Tutsi przede wszystkim, ale także licznej opozycji Hutu. Kierowana przez ów reżim masakra bezbronnej ludności trwała trzy miesiące, a więc do momentu, kiedy wojska FNR opanowały cały kraj, zmuszając przeciwnika do ucieczki.

Różnie szacują liczbę ofiar. Jedni podają - pół miliona, inni - milion. Tego dokładnie nikt nie obliczy. To oczywiście tragicznie dużo. Ale z drugiej strony, znając piekielną siłę rażenia armii Habyarimany, jej helikoptery, cekaemy, artylerię i wozy pancerne, można było w ciągu trzech miesięcy systematycznego strzelania zgładzić o wiele więcej ludzi.  Jednak w większości ginęli oni nie od bomb i cekaemów, lecz padali rozsiekani i zatłuczeni bronią najbardziej prymitywną - maczetami, młotami, dzidami i kijami.

Do Zairu uciekło około 2 miliony uchodźców, głównie z plemienia Hutu. W czerwcu 1994 r. w Tunisie podczas spotkania państw Organizacji Jedności Afrykańskiej zostało podpisane zawieszenie broni. Walki trwały jednak nadal. Pod koniec czerwca 1994 r. ONZ wyraziło zgodę na wkroczenie na obszary zajęte walkami wojsk francuskich w celu obrony ludności cywilnej. W sierpniu 1994 r. Front Patriotyczny Ruandy opanował cały kraj, ogłosił zakończenie wojny i zawieszenie broni. Został powołany premier i prezydent, obaj wywodzący się z plemienia Hutu, co miało być dowodem, że Tutsi nie planują wprowadzenia swojego reżimu. Utworzony rząd składał się z ludzi plemienia Tutsi oraz Hutu. W 1995 r. władze Zairu, obawiając się zamieszek, postanowiły wydalić wszystkich uchodźców przybyłych z Ruandy. Sytuacja w Ruandzie do dziś pozostała niestabilna.

Pomimo wszelkich danych, jakie udało się zebrać przed wybuchem konfliktu i pomimo aktualnych relacji w mediach, gdy ludobójstwo już się rozpoczęło, państwa zachodnie (w szczególności USA, Francja, Belgia i Wielka Brytania) w żaden sposób nie zainterweniowały, aby mu zapobiec. Pamięć ludobójstwa i nienawiść etniczna rozlała się na obszar Kongo, wywołując pierwszą i drugą wojnę domową w Kongo. Wpłynęła też na rozwój wojny domowej w Burundi. Ludobójstwo to, wyróżniające się niespotykaną liczbą ludzi zamordowanych w tak krótkim czasie, stało się prawdopodobnie największą porażką ONZ w historii jej istnienia.

Bibliografia:

1. R. Kapuściński, Heban, Wyd. Czytelnik, Warszawa 2003.

2. Nowa Encyklopedia Powszechna, Tom 7, Wyd. PWN, Warszawa 2004.

3. R. Wojciech, Półwiecze: historia polityczna świata po 1945 roku, Warszawa 2003.

Newsletter



Wiadomość HTML?