Dziedziny wiedzy

Najnowsze komentarze

Newsletter

Dekada rządów AKP w Turcji PDF Print Email
Międzynarodowe stosunki polityczne
DATE_FORMAT_LC2

W badaniach nad początkami ruchu młodotureckiego francuski historyk Franęois Georgeon dużo uwagi i sympatii poświęcił tym tureckim działaczom z początku stulecia, którzy zamiast odrzucenia własnego dziedzictwa i ślepego małpowania myśli zachodniej usiło­wali dostosować islam do wymogów współczesności, powołując się na istniejący w prawie muzułmańskim termin idżtihad, oznaczający pra­wo do samodzielnego rozwiązywania kwestii spornych, nie rozstrzyg­niętych wyraźnie przez Koran i islamską tradycję. Wszak w tym właś­nie okresie katolickie aggiornamento uczyniło z feudalnej i skostniałej struktury Kościoła instytucję zdolną kilkadziesiąt lat później do rewo­lucyjnych zmian II Soboru Watykańskiego.

Dwa lata po powstaniu kemalistowskiej republiki czołowy repre­zentant wspomnianego kierunku, Yusuf Akęura, ubolewał, że zwal­czana przez niego od lat islamska scholastyka przedostała się w stanie nietkniętym z zamkniętych muzułmańskich medres do nowo powsta­łych świeckich instytucji życia intelektualnego, z tą jedynie różnicą, że miejsce ślepo powtarzanych cytatów z Koranu i poezji perskiej zajęły cytaty z Comte'a i Durkheima (i - chciałoby się powiedzieć - samego Kemala).

Oceniając przeprowadzoną w roku 1926 kemalistowską rozprawę z liberalno-konserwatywną opozycją holenderski historyk Erik Zurcher rzucił ciekawą uwagę, że być może mniej radykalny przebieg tureckich reform połączony z większą tolerancją wobec islamu umoż­liwiłby rozwój bardziej nowoczesnych i intelektualnie atrakcyjnych prądów w tej religii, zamiast pozostawienia jej na długi czas domeną bigotów. Wymownym symbolem całkowitego odrzucenia islamskiej tradycji, zamiast szukania w niej inspiracji do życia w nowych cza­sach, było zastąpienie w 1925 r. wiszącego w ankarskim Zgromadze­niu Narodowym koranicznego hasła „w sprawach waszych radźcie się wzajemnie" populistyczną (i notabene dużo mniej demokratyczną) formułą „władza jest przyjacielem ludu".

Do tego dwugłosu warto dodać opinię polskiego politologa Adama Szymańskiego, według którego podstawową przeszkodą na drodze do spełnienia przez Turcję kryteriów unijnych nie jest dziś islam, a właś­nie kemalizm i będący jego rdzeniem turecki nacjonalizm.

Podobnie jak w Biblii, w Koranie można znaleźć zarówno cytaty popierające argumenty fanatycznych fundamentalistów, jak i frag­menty o tolerancyjnym charakterze, które ongiś umożliwiły cywili­zacyjny rozkwit arabskiej Hiszpanii i Imperium Osmańskiego okresu klasycznego. Zależy tylko, kto i jak szuka. Warto podkreślić, że w Im­perium Osmańskim dominowała szkoła hanaflcka, która spośród czte­rech szkół prawnych islamu sunnickiego dopuszczała najbardziej swobodną interpretację litery prawa. Już w czasach Mehmeda Zdo­bywcy szukano kompromisu między prawem religijnym a ludzkim (w tym przypadku sułtańskim) prawem stanowionym, często na ko­rzyść tego ostatniego. Humanistyczny charakter tureckiego islamu umacniały z kolei sufickie bractwa religijne (tarikaty), których adepci byli zachęcani do indywidualnego szukania Boga, w czym nierzadko mieli korzystać z niestandardowych metod, jak kontemplacja czy ta­niec. Mimo zamknięcia bractw religijnych w 1925 r., przetrwały one nie tylko na anatolijskiej prowincji, ale też w dużych miastach.

Wychowawcą kilku pokoleń stambulskiej inteligencji stał się Mehmet Zahit Kotku, który rządową posadę imama w jednym z meczetów łączył z rolą szejcha tajnego bractwa nakszbendich. Wywarł on znacz­ny wpływ na poglądy takich polityków, jak Necmettin Erbakan, Turgut Ózal, czy wreszcie terminujący w młodzieżówce partii Erbakana Recep Tayyip Erdogan. Duży wpływ na rozwój tureckiego islamu w XX w. wywarło też nauczanie zmarłego w 1960 r. Saida Nursiego, kurdyjskiego teologa ze wschodniej Anatolii. Zarówno Nursi, jak i Kotku postulowali pogodzenie zasad religii i rozumu oraz aktywny udział muzułmanów w życiu demokratycznego społeczeństwa.

Pojawienie się nowej siły politycznej, która tak zaskoczyła i prze­raziła ankarskie elity, nie było aż tak nieoczekiwane. Po pierwsze, wbrew proroctwom oświeceniowych myślicieli, koniec XX w. przy­niósł wzrost roli religii w życiu publicznym nie tylko Turcji, ale tak różnych państw, jak Polska, Rosja, Iran i Stany Zjednoczone. Po dru­gie, sukces AKP można uznać za ostateczny triumf tureckiej demo­kracji, w której zaczęły uczestniczyć coraz szersze rzesze mieszkań­ców prowincji, a nawet dzielnic slumsów. Self-made mani z prowincji, wyrastający w jednym pokoleniu na nową turecką klasę średnią, zys­kali z czasem w oczach obserwatorów miano „islamskich kalwinis- tów", w nawiązaniu do głośnej tezy Maxa Webera o wpływie etyki protestanckiej na rozwój kapitalizmu w Europie Zachodniej. Podobnie jak weberowskich bohaterów, członków nowej tureckiej klasy śred­niej charakteryzował kult ciężkiej pracy, otwartość na techniczne in­nowacje, a jednocześnie przywiązanie do zasad religii.

Dojście do władzy AKP oznaczało też zmianę generacyjną: wśród działaczy i funkcjonariuszy partii dominowali ludzie średniego i mło­dego pokolenia. Sam Erdogan urodził się w 1954 r. w biednej stambul­skiej dzielnicy Kasimpaęa, w rodzinie przybyłej z czarnomorskiego portu Rize. Przybysze z prowincji pragnęli wziąć udział w tureckiej polityce i prospericie gospodarczej, nie wyrzekając się przy tym włas­nej tożsamości. Znalazło to dobitny wyraz w coraz głośniej stawianym postulacie zniesienia zakazu noszenia chust przez kobiety, który to postulat w przewrotny sposób podważył kemalistowski dogmat. O ile kemalistowscy ustawodawcy upatrywali w chuście symbol zniewo­lenia kobiet, o tyle działacze i działaczki AKP zarzucili republikańskim władzom, że właśnie ten zakaz jest wyrazem zniewolenia kobiet, gdyż odcina je od edukacji. Wiele kobiet postawionych wobec żądania sprzeniewierzenia się własnej tożsamości, której symbolem była dla nich chusta, rezygnowało z edukacji uniwersyteckiej, jeżeli ich rodzin nie było stać na wysłanie ich na studia zagraniczne. Charakterysty­cznym dziś syndromem jest fakt, że wiele aktywistek AKP ukończyło studia w Stanach Zjednoczonych, gdzie nie obowiązywał zakaz no­szenia chust.

Niezorientowani zewnętrzni obserwatorzy tureckiej sceny politycz­nej mogli być zaskoczeni faktem, że pod rządami AKPTurcja nie tylko nie zwolniła, ale wręcz przyspieszyła proces dostosowywania pra­wa w celu spełnienia kryteriów kopenhaskich. Tureccy islamiści od lat odwoływali się wszak do unijnych przepisów, zgodnie z którymi wojskowe interwencje w życie polityczne byłyby nie do pomyślenia. Ponadto w dalszej integracji z Unią widzieli szansę dla niezwykle dy­namicznej tureckiej gospodarki. Erdogan łatwo znalazł wspólny język z niemieckim kanclerzem Gerhardem Schróderem, z którym łączył go pragmatyzm, skoncentrowanie na sprawach gospodarki i nieco technokratyczny stosunek do świata. Już w grudniu 2002 r. turecki parlament zmienił konstytucję (mimo obstrukcji prezydenta Sezera), tak że przywódca AKP mógł wystartować w wyborach uzupełniają­cych i 14 marca 2003 r. przejął stanowisko premiera od Abdullaha Gula, który objął w jego rządzie tekę ministra spraw zagranicznych.

Poważny zgrzyt nastąpił za to w stosunkach ze Stanami Zjednoczo­nymi, gdy w marcu 2003 r. rozpoczynała się druga wojna iracka. Rząd turecki od początku odnosił się z rezerwą do amerykańskich propo­zycji udostępnienia terytorium Turcji w celu otworzenia drugiego fron­tu wojny z Irakiem, żądając w zamian przynajmniej wydatnego zwięk­szenia amerykańskiej pomocy wojskowej oraz udziału w przyszłej ad­ministracji północnego Iraku. Ostatecznie parlament turecki nie ra­tyfikował wynegocjowanej umowy, a na wynik głosowania wpłynęła postawa dużej części posłów partii rządzącej. Dalsze pogorszenie sto­sunków nastąpiło w lipcu, gdy Amerykanie aresztowali w irackim Kurdystanie jedenastu agentów tureckiego wywiadu. Narastaniu wza­jemnej nieufności sprzyjała z jednej strony amerykańska arogancja, typowa w stosunkach administracji Busha z sojusznikami, z drugiej zaś stara turecka obsesja, zgodnie z którą wszelka współpraca Ame­rykanów z irackimi Kurdami miałaby na celu podważenie integralnoś­ci Turcji.

Ostrożna postawa wobec drugiej wojny irackiej odzwierciedlała jednocześnie trwałą zmianę polityki zagranicznej Ankary. Turcja, która w latach zimnej wojny stanowiła forpocztę NATO na Bliskim Wschodzie i często bezwarunkowo spełniała oczekiwania Waszyngto­nu, już od upadku Związku Radzieckiego zaczęła aspirować do ode­grania bardziej niezależnej roli w regionie sięgającym na zachodzie Bałkanów, na wschodzie zaś Zatoki Perskiej i Kaukazu, a nawet Azji Środkowej. Polityka ta, częściowo realizowana już za prezydenta Óza- la, zyskała miano neoottomanizmu. Po dojściu do władzy AKP została ostatecznie sformułowana przez doradcę premiera Erdogana i później­szego ministra spraw zagranicznych, Ahmeda Davutoglu, jako polity­ka głębi strategicznej (stratejik derinlik). Zgodnie z tą koncepcją, rów­nolegle z integracją z Europą Turcja powinna utrzymywać bliskie sto­sunki z krajami Azji i Afryki, z którymi łączy ją często religia, kultura i doświadczenie historyczne. Już w 1980 r. powstało w Stambule nieza­leżne Centrum Badań nad Historią, Sztuką i Kulturą Islamu (IRCICA), mające służyć jako platforma dialogu między intelektualistami z Turcji i innych krajów islamskich, a także promować dialog muzułmanów i chrześcijan. Za motto Centrum obrano cytat z 49 sury Koranu: „O lu­dzie! Oto stworzyliśmy was z mężczyzny i kobiety i uczyniliśmy was ludami i plemionami, abyście się wzajemnie poznawali". Jego wielo­letni dyrektor, prof. Ekmeleddin Ihsanoglu, został w 2005 r. - jako pierwszy w historii Turek - sekretarzem Organizacji Konferencji Is­lamskiej.

Po dojściu do władzy AKP Turcja wyraźnie ociepliła stosunki z są­siednią Syrią, starając się także polepszyć stosunki z Iranem, a nawet oferując mediację w konflikcie Teheranu z Zachodem. Poprawiły się też stosunki turecko-greckie i turecko-rosyjskie. Rosja w tym czasie wyrosła na drugiego po Niemczech partnera handlowego Turcji. Rząd Erdogana czynił również pojednawcze gesty w kierunku Armenii, jed­nak na przeszkodzie normalizacji wzajemnych stosunków legło kate­goryczne żądanie władz w Erewanie, by rząd turecki na wstępie przy­jął odpowiedzialność za ludobójstwo Ormian w czasie pierwszej wojny światowej.


Dojście do władzy AKP, głoszącej braterstwo Turków i Kurdów jako braci w islamie, nie uchroniło Turcji przed nową falą terroru i wojny domowej na wschodzie. 2 września 2003 r. Kongres Wolności i Demokracji Kurdystanu (akronim Kadek), w który formalnie prze­kształciła się PKK, ogłosił zerwanie zawieszenia broni wobec niewy­pełnienia przez rząd kurdyjskich postulatów. Istotnie, w więzieniach przebywały nadal tysiące kurdyjskich działaczy, wśród nich Leyla Zana, laureatka Nagrody Sacharowa, więziona od 1994 r. za używanie w parlamencie języka kurdyjskiego (uwolniono ją dopiero 9 czerwca 2004 r.). W następnych latach wschodnia Anatolia stała się znów tere­nem zamachów na posterunki żandarmów i armii tureckiej. Podkreś­lanie przez AKP muzułmańskiej tożsamości Turcji nie uchroniło też kraju przed atakami al-Kaidy, dla której radykalnych działaczy pokojowy charakter tureckiego islamu i dobre stosunki Ankary z Za­chodem, a nawet z Izraelem, świadczyły o „zdegenerowanym" cha­rakterze władz tureckich. 15 i 20 listopada 2003 r. doszło w Stambule do serii skoordynowanych wybuchów, których celem były synago­gi, banki i konsulat brytyjski. W wyniku zamachów śmierć poniosły 62 osoby.

W 2003 r. Turcja wyraźnie odbiła się od dna, na którym znalazła się w wyniku finansowego kryzysu poprzednich lat, osiągając pięcio­procentowy wzrost dochodu narodowego, najwyższy wśród krajów OECD. Wobec sukcesu zahamowania inflacji w styczniu 2004 r. par­lament przyjął uchwałę o denominacji tureckiego lira. Nowy lir, warty milion starych lirów tureckich, zdecydowano wprowadzić w 2005 r. Poprawie międzynarodowego wizerunku Turcji służyła też oficjalna wizyta urzędników Amnesty International, których w lutym 2004 r. uroczyście podejmowali turecki premier, minister spraw zagranicznych i minister spraw wewnętrznych, otwarcie dyskutując zarzuty wnoszo­ne wobec działań tureckiej policji, sądownictwa i więziennictwa.

Bardzo niekorzystny dla Turcji był natomiast wynik przeprowadzo­nego 24 kwietnia 2004 r. referendum na Cyprze w sprawie projektu zjednoczenia wyspy autorstwa sekretarza generalnego ONZ, Kofiego Annana. O ile turecka ludność wyspy opowiedziała się w większości (65 proc.) za zjednoczeniem, o tyle 76 proc. ludności greckiej głoso­wało przeciw, oponując między innymi przeciw pozostaniu tureckich osadników przybyłych po 1974 r. oraz prawu Ankary do mieszania się w sprawy Cypru. Choć to Grecy głosowali przeciw, „ukarani" zostali cypryjscy Turcy, których pozostawiono poza Unią Europejską. Tym­czasem grecką część wyspy przyjęto do Unii 1 maja 2004 r., nie wy­magając od greckich władz w Nikozji wcześniejszego dogadania się z sąsiadami.

W grudniu 2004 r. nadszedł moment, na który tureccy politycy czekali co najmniej od 1987 r., gdy prezydent Ózal zgłosił turecką kandydaturę do Unii. Na szczycie w Brukseli ogłoszono podjętą wcześniej decyzję Komisji Europejskiej o rozpoczęciu negocjacji człon­kowskich 3 października 2005 r. Decyzji tej omal nie przekreślił wcześniejszy skandal wywołany podczas wrześniowej reformy ko­deksu karnego, kiedy to rząd turecki zaproponował penalizację cudzo­łóstwa (na wniosek osoby pokrzywdzonej). Pod naciskiem Unii doszło jednak do rezygnacji z tego pomysłu. W samej Unii podniosła się fala głosów przeciwnych przyjęciu Turcji, wśród których dało się słyszeć między innymi opinie byłego prezydenta Francji, Valery'ego Giscarda d'Estaign, czy prominentnego niemieckiego historyka Hansa-Ulricha Wehlera. Komisja Europejska nie wyznaczyła terminu zakończenia negocjacji, dodając nawet, że wcale nie muszą się one zakończyć sukcesem. Pierwszą przeszkodą na drodze Ankary do wejścia do Unii było żądanie uznania władz greckiego Cypru, na co tureckie władze nie chciały się zgodzić (w lipcu 2005 r. Ankara ratyfikowała unię celną z nowymi krajami Unii - w tym z Cyprem, wciąż odmawiała jednak uznania rządu w Nikozji oraz przyjmowania statków pod cypryjską banderą i cypryjskich samolotów przez tureckie porty i lotniska).

Realna perspektywa przyjęcia Turcji do Unii Europejskiej wzmog­ła międzynarodowy nacisk, aby rząd w Ankarze uznał odpowiedzial­ność władz Imperium Osmańskiego za ludobójstwo Ormian w latach pierwszej wojny światowej. Oficjalna wersja Ankary głosiła, że choć doszło wówczas do godnych pożałowania masowych mordów, nie można mówić o ludobójstwie, a jedynie o krwawej wojnie domowej, w której Ormianie nie byli wyłącznie ofiarami. Dodatkowym nieo­ficjalnym powodem niechęci do uznania winy była obawa, że spadko­biercy ofiar oraz rząd Armenii zażądać mogą rekompensat, zarówno finansowych, jak i terytorialnych. W tym klimacie również Sejm Rzeczypospolitej Polskiej przyjął 19 kwietnia 2005 r., w przeddzień dziewięćdziesiątej rocznicy powstania w Wan, uchwałę potępiającą tu­reckie ludobójstwo Ormian. Wywołało to silne napięcie w kontaktach Warszawy i Ankary, a nawet czasowe zamrożenie wzajemnych sto­sunków. Polscy krytycy dowodzili, że uchwała Sejmu, nie poprzedzo­na głębszą refleksją i przyjęta przez aklamację z inicjatywy grupy po­słów PiS, nie służy ani prawdziwemu pojednaniu Ormian i Turków, ani stosunkom polsko-tureckim, a w dodatku dotyczy spraw, o których większość posłów nie miała pojęcia. Kontrowersyjna postać główne­go promotora uchwały, ks. Tadeusza Isakowicza-Zaleskiego, znanego z ukrainożerczych wypowiedzi i późniejszej obsesji lustracyjnej, rów­nież nie nadawała powagi decyzji polskiego Sejmu. Bez wątpienia łatwiej było się bić w cudze piersi, niż na przykład przeprosić za wy­wózki Ukraińców w ramach akcji Wisła czy masowy mord dokonany w 1946 r. przez Ludowe Wojsko Polskie na cywilnej ludności ukraiń­skiej (w tym kobietach i dzieciach) w Zawadce Morochowskiej. Właś­nie krwawy bagaż stosunków polsko-ukraińskich, w których obie strony na przemian grały role katów i ofiar, i nie bez trudu budowane od lat pojednanie, wydają się inspirującym przykładem, który politycy z Warszawy i Kijowa mogliby przedstawić kolegom po fachu z Ankary i Erewaniu bez przybierania togi sędziów i wszechwiedzących men­torów. Znakomity pomysł miał swego czasu Konstanty Gebert (Dawid Warszawski), który w czerwcu 2003 r. zaprosił do domu ambasadorów Armenii i Turcji w Polsce, rejestrując dla czytelników ich spór-rozmowę prowadzoną w atmosferze domowej kolacji.

Podobnie jak powojenne pokolenia Niemców musiały zmierzyć się z ciężarem Auschwitz, a sprawa mordu w Jedwabnem przeorała zbio­rowe sumienie Polaków, ciężar zmierzenia się z odpowiedzialnością za los osmańskich Ormian musimy pozostawić samym Turkom. W lu­tym 2005 r. znany turecki pisarz Orhan Pamuk udzielił wywiadu szwaj­carskiej gazecie, wspominając o zabitych w Turcji 30 tys. Kurdów i mi­lionie Ormian. Wywiad sprowokował serię pogróżek ze strony turec­kich nacjonalistów, a Pamukowi usiłowano wytoczyć proces o „obra­żanie tureckości" na podstawie odpowiedniego artykułu tureckiego kodeksu karnego, choć ostatecznie do procesu nie doszło. Co cieka­we, prawnik, który złożył wówczas doniesienie na Pamuka w proku­raturze, został w 2008 r. aresztowany w związku z przynależnością do podziemnej nacjonalistycznej organizacji Ergenekon, oskarżonej o pla­nowanie zabójstw działaczy, uznanych za „wrogów narodu", a nawet przygotowywanie zamachu stanu. Tragicznym ciosem dla tureckiej demokracji było zamordowanie 19 stycznia 2007 r. Hranta Dinka, stambulskiego dziennikarza o ormiańskich korzeniach, który wiele zrobił dlaturecko-ormiańskiego pojednania. Mordercą okazał się mło­dociany nacjonalista, a ślady znów wiodły w kierunku Ergenekonu. Przerażającym dowodem na to, że turecki ultranacjonalizm miał nie­mało zwolenników w szeregach policji i kręgach prawniczych, było ujawnione zdjęcie, na którym kilku uśmiechniętych policjantów pozo­wało wraz z ujętym zabójcą Dinka na tle flagi tureckiej. Podczas pro­cesu adwokat jednego ze współoskarżonych (jak się później okazało, również powiązany z Ergenekonem) publicznie groził rodzinie Dinka i Ormianom. Z drugiej jednak strony na pogrzeb Dinka w Stambule stawił się 200-tysięczny tłum skandujący „wszyscy jesteśmy Hrantami Dinkami, wszyscy jesteśmy Ormianami!" (Hepimiz Hrant Dink'iz, hepimiz Ermeniyiz!). Podobnie jak stosunkowo niedawne „odkrycie" żydowskiego dziedzictwa w Polsce, „odkrycie" wielowiekowej obec­ności Ormian w dziejach i kulturze tureckiej staje się dziś udziałem i pasją członków młodej tureckiej inteligencji, podejmujących rozmai­te inicjatywy i zrzeszonych w organizacjach pozarządowych.

Mimo widocznego osłabienia entuzjazmu po obu stronach i kon­fliktów wywoływanych kwestią cypryjską, ormiańską, kurdyjską i sze­rzej problemem przestrzegania praw człowieka w Turcji, 4 paździer­nika 2005 r. rozpoczęły się zapowiadane wcześniej negocjacje człon­kowskie, choć jak na wstępie zapowiedziano, ich ewentualne zakoń­czenie przewidziano nie wcześniej niż za dziesięć, piętnaście lat. Na ochłodzenie stosunków Brukseli i Ankary dodatkowo wpłynął wynik wrześniowych wyborów w Niemczech, w wyniku których stanowisko kanclerza przypadło Angeli Merkel, szefowej CDU, podchodzącej z rezerwą do unijnych aspiracji Turcji.

Rok 2006 unaocznił, jak daleka od rozwiązania jest kwestia kurdyj­ska. W końcu marca wybuchły krwawe zamieszki w Diyarbakirze, zapoczątkowane pogrzebem czterech bojowników PKK zabitych przez siły specjalne. W czerwcu doszło do nerwowych rozmów Waszyngto­nu i Ankary, gdy dowództwo armii tureckiej zagroziło wkroczeniem do północnego Iraku, skąd przechodziły często na terytorium Turcji bojówki PKK 28 sierpnia doszło wreszcie do serii zamachów w śród­ziemnomorskim kurorcie Marmaris, ulubionym zwłaszcza przez an­gielskich turystów, a radykalne skrzydło PKK ostrzegło cudzoziem­ców przed przyjazdami do Turcji.

17 maja 2006 r. Turcją wstrząsnął zamach w gmachu Sądu Admi­nistracyjnego (tur. Damętay), w którym zginął jeden z sędziów. Za­bójca, podający się za islamistę, argumentował, że jego akt był zemstą za dyskryminację kobiet noszących chusty, jednak później odkryto ślady łączące go z ultranacjonalistami, których celem było skompro­mitowanie partii Erdogana.

Wydarzeniem tego roku, dającym z kolei Turkom powód do dumy, było przyznanie 12 października 2006 r. literackiej Nagrody Nobla Orhanowi Pamukowi, choć i ten fakt rozwścieczył tureckich nacjo­nalistów, odczytujących go jako mieszanie się zagranicy w wewnętrz­ne sprawy Turcji i wyrażanie poparcia dla „zdrajcy".

Prawdziwa konfrontacja między zwolennikami laickich tradycji ke- malizmu a cieszącą się masowym poparciem partią rządzącą nastą­piła w roku 2007. W maju tego roku upływała siedmioletnia kadencja prezydenta Sezera, w związku z czym parlament miał dokonać no­wego wyboru. Ponieważ premier Erdogan zrezygnował z ubiegania się o fotel prezydencki, 24 kwietnia na kandydata desygnowany został Abdullah Gul. Znający angielski i arabski wykładowca zarządzania, były premier i minister spraw zagranicznych wydawał się świetnym kandydatem, jednak opozycję do białej gorączki doprowadzało no­szenie przez jego żonę islamskiej chusty. Choć AKP miała większość w parlamencie, dysponująca ponad jedną trzecią miejsc opozycja była w stanie w nieskończoność blokować wybory, bojkotując je. W tej sytuacji 2 maja partia rządząca przegłosowała rozwiązanie parlamentu i rozpisanie przedterminowych wyborów. Wynik wyborów parlamen­tarnych, przeprowadzonych 22 lipca, przyniósł pełen triumf AKP, któ­ra poprawiła swój wynik z 2002 r. (34,3 proc.) zdobywając aż 46,6 proc. głosów. Do parlamentu weszły jeszcze Republikańska Partia Ludowa (CHP) Deniza Baykala oraz Partia Ruchu Narodowego (MHP) Dev- leta Bahęelego, zdobywając odpowiednio 20,9 i 14,3 proc. głosów. Pa­radoksalnie, poprawiając swój wynik wyborczy, AKP zdobyła mniej miejsc w parlamencie (341 miejsc wobec 112 miejsc CHP, 71 miejsc MHP i 26 miejsc kandydatów niezależnych) niż w poprzednich wybo­rach (363), ponieważ znacznie mniej głosów „zmarnowało się" w wy­niku ich oddania na partie, które nie przekroczyły dziesięcioprocento­wego progu wyborczego (13 proc. „zmarnowanych" głosów w 2007 r. wobec ponad 45 proc. w 2002 r.).

Wzrost poparcia dla AKP, która od pięciu lat sprawowała władzę, co z reguły wywołuje znużenie elektoratu, dowodził dużego zaufania, jakim cieszył się rząd Erdogana. Prowadził on kraj, unikając oso­bistego zamieszania w afery korupcyjne, które z czasem dotknęły i je­go partię, oraz konsekwentnie dążył do dalszej demokratyzacji, mi­mo napiętej sytuacji politycznej i zagrożenia prawicowym i lewico­wym terroryzmem. Choć posłowie CHP nadal bojkotowali wybór prezydenta, obecność posłów MHP głosujących na własnego kandy­data zapewniła niezbędne ąuorum i 28 sierpnia 2007 r. Abdullah Gul został wybrany w trzeciej rundzie zwykłą większością głosów. Kłopoty nie skończyły się z wyborem, a uroczystość zaprzysiężenia nowego prezydenta została zbojkotowana przez część opozycji. Co ważniejsze, nie pojawił się na niej również szef sztabu tureckiej armii. Z czasem jednak koncyliacyjna postawa nowego prezydenta oraz szacunek i sympatia, jakie potrafił zdobyć w kraju i za granicą, przyczyniły się do poprawy atmosfery.


21 października 2007 r. odbyło się w Turcji referendum konsty­tucyjne, ogłoszone jeszcze w czerwcu przez ustępującego prezydenta Sezera w obliczu klinczu związanego z wyborem nowego prezydenta. Referendum od początku popierała rządząca AKP i w rezultacie aż 69 proc. glosujących zagłosowało na „tak". W wyniku referendum skrócono kadencję parlamentu z pięciu do czterech lat oraz kadencję prezydencką z siedmiu do pięciu lat. Prezydent mógł za to ubiegać się o reelekcję (dotychczas przysługiwała mu tylko jedna kadencja) i miał być wybierany w wyborach powszechnych. Prawnicy długo spierali się, czy nowe prawo obowiązuje również wybranego wcześniej przez parlament prezydenta Gula. Ostatecznie po niemal trzech latach, 17 czerwca 2010 r., parlamentarna komisja konstytucyjna uznała, że nowe wybory odbędą się już w 2012 r., za to prezydent Gul będzie mógł ubiegać się o reelekcję.

Napięcia między turecką generalicją a prezydentem i premierem z AKP pomogła załagodzić zimowa ofensywa przeciwko PKK, w któ­rej to kwestii zdecydowana postawa rządu była dla generałów probie­rzem jego „patriotyzmu". W listopadzie Erdogan przeprowadził w tej sprawie w Stanach Zjednoczonych kluczowe rozmowy z prezydentem Bushem, przygotowując zarazem styczniową wizytę za oceanem no­wego tureckiego prezydenta. Choć turecka interwencja w północnym Iraku nie była Amerykanom na rękę, w imię poprawy stosunków z ważnym sojusznikiem zgodzili się udostępnić przestrzeń powietrzną nad północnym Irakiem tureckiemu lotnictwu, a nawet dopuścić in­terwencję tureckich wojsk lądowych. Od 16 grudnia 2007 r. tureckie samoloty bombardowały bazy PKK w Iraku, a w lutym 2008 r. armia turecka przeprowadziła w irackim Kurdystanie interwencję, w której uczestniczyło około 10 tys. żołnierzy wojsk lądowych. W odróżnieniu od generałów, politycy AKP nie ograniczali się do akcji zbrojnej i wios­ną 2008 r. Ankara nawiązała bezpośrednie stosunki z przywódcami irackich Kurdów, dążąc do politycznej izolacji PKK

Paradoksalnie, zbliżenie z Waszyngtonem polityków AKP jeszcze bardziej rozsierdziło tureckich nacjonalistów, którzy do zarzutów isla- mizacji państwa dorzucili teraz zarzut wysługiwania się przez rząd „amerykańskim imperialistom", a nawet „izraelskim syjonistom". Pod­czas „mityngów republikańskich", organizowanych przez kemalis- tów w proteście wobec rządów AKP, imię prezydenta wypisywano na transparentach w formie ABDullah (odpowiednikiem angielskie­go skrótu USA jest turecki skrót ABD -Ameńka Birlesik Devletleri). Kolejnymi dowodami „zdrady" rządu były poprawa stosunków z Gre­cją (w styczniu 2008 r. doszło do pierwszej od 1959 r. wizyty premiera Grecji w Ankarze) i uleganie naciskom Brukseli w kwestiach respek­towania praw człowieka, co w oczach nacjonalistów naruszało turecką suwerenność. Popularnym mottem antyrządowych demonstracji było skandowane hasło: Ne AB ne ABD, tam bagimsiz Turkiye! („ani UE, ani USA - w pełni niezależna Turcja!"). Nie lepiej przyjęła opozycja bezprecedensową wizytę prezydenta Gula złożoną 6 września 2008 r. w Armenii w ramach „dyplomacji futbolowej", przy okazji eliminacyj­nego meczu mistrzostw świata między reprezentacjami obu krajów.

O tym, że opozycja nie żartuje, najlepiej świadczył złożony w marcu 2008 r. wniosek o delegalizację AKP i pozbawienie jej przywódców - w tym prezydenta i premiera - praw politycznych na pięć lat na pod­stawie zarzutu o chęć wprowadzenia w Turcji szarłatu. 31 marca Try­bunał Konstytucyjny zgodził się rozpatrzyć skargę, jednak upadła ona w wyniku głosowania 30 lipca.

Jednocześnie w marcu 2008 r. rozpoczęły się aresztowania w krę­gach domniemanych członków tajnej organizacji Ergenekon, biorącej nazwę od mitycznej siedziby dawnych Turków. Wśród podejrzanych byli wyżsi rangą oficerowie wojska i policji, prawnicy, biznesmeni, a nawet... rektor uniwersytetu. 20 października 2008 r. rozpoczął się proces 86 podejrzanych. Członkom organizacji zarzucono przygoto­wywanie aktów terroru mających na celu skompromitowanie AKP i destabilizację kraju, w wyniku której miało dojść do interwencji woj­skowej i przywrócenia zasad kemalizmu. W trakcie procesu ujawnio­no powiązania członków establishmentu ze światem przestępczym oraz finansowanie tajnych operacji z handlu narkotykami, co zresztą wyszło już na jaw wcześniej, przy okazji wypadku pod Susurlukiem. Jak zwykle w takich sprawach, wiele wątków pozostało niewyjaśnio­nych, ale sam fakt, że udało się doprowadzić do rozprawy sądowej, świadczył o detenninacji władz i dużej części społeczeństwa do oczysz­czenia tureckiego życia publicznego.

Druga tura procesu Ergenekonu zaczęła się 20 lipca 2009 r., gdy na ławie oskarżonych zasiadło między innymi dwóch emerytowanych generałów. W lutym 2010 r. nastąpiła kolejna fala aresztowań wśród oficerów armii, floty i lotnictwa w związku ze spiskiem o kryptonimie Balyoz ("Młot”), prawdopodobnie powiązanym z Ergenekonem i przy­gotowywanym od 2003 r. Uczestnikom zarzucono plany sprowoko­wania wojny z Grecją i podłożenia bomb w stambulskich meczetach w celu spowodowania chaosu (oskarżeni twierdzili, że chodziło je­dynie o ćwiczenia, a projekty były symulacją), który ułatwiłby wojsko­wym przejęcie władzy.

W styczniu 2009 r. premier odwiedził Brukselę po raz pierwszy od grudnia 2004 r., gdy zapadła decyzja o otwarciu negocjacji. Zamierzo­nym celem wizyty było nadanie nowego impulsu negocjacjom i pod­kreślenie stałej determinacji Turcji przystąpienia do Unii. W kwietniu 2009 r. do Ankary przybył nowy amerykański prezydent. W prze­mówieniu w tureckim parlamencie Barack Hussein Obama - oficjal­nie tak przedstawiony pod dwoma imionami - podkreślił swe islam­skie korzenie po ojcu i wspomniał o dzieciństwie spędzonym w mu­zułmańskiej Indonezji, chwaląc jednocześnie Turcję jako świecką de­mokrację oraz część Europy. 10 października 2009 r. ministrowie spraw zagranicznych Turcji i Armenii - Ahmet Davutoglu i Edward Nalbandian - podpisali w Zurychu historyczne porozumienie o norma­lizacji stosunków i otwarciu granicy (zamkniętej przez Turcję w roku 1993 w związku z konfliktem ormiańsko-azerskim o Górski Kara- bach), które musiało jednak przejść jeszcze długi proces ratyfikacji w obu krajach. Porozumieniu patronowała dyplomacja amerykańska, a podczas ceremonii obecna była Hillary Clinton. Z kolei Turcja patro­nowała historycznemu spotkaniu prezydentów Serbii i Bośni, do jakie­go doszło 24 kwietnia 2010 r. w Stambule.

Podobnie jak wiele razy w poprzednich latach, dyplomatyczne suk­cesy były jednak często niwelowane przez porażki bądź wydarzenia stawiające turecką scenę polityczną w mało korzystnym świetle.

11 grudnia 2009 r. turecki Trybunał Konstytucyjny zamknął kurdyjską Partię Demokratycznego Społeczeństwa (DTP) oskarżaną o separa­tyzm i kontakty z PKK, co wywołało w Europie nową falę krytyki pod adresem Ankary. Na początku 2010 r. doszło do napięć między Erewa­nem a Ankarą co do interpretacji zawartego traktatu (strona armeńska przedstawiała go jako przyznanie się Turcji do popełnionego w 1915 r. ludobójstwa, co Ankara uznała za nadinterpretację), aż 22 kwietnia prezydent Armenii zawiesił na czas nieokreślony procedurę ratyfi­kacyjną. W styczniu 2010 r. przeprowadzono w Turcji skoordynowa­ną akcję aresztowania ponad sto osób podejrzanych o współpracę z al-Kaidą, co z jednej strony świadczyło o skuteczności policji, z dru­giej jednak dowodziło, że na gruncie tureckiego islamu mogą się ro­dzić prądy ekstremistyczne. W połączeniu z toczącymi się procesami Ergenekonu i działającą na wschodzie kraju kurdyjską partyzantką nie przedstawiało to Turcji jako pożądanego i stabilnego członka Unii Europejskiej. W czerwcu 2010 r. doszło w dodatku do bodaj naj­ostrzejszego w dotychczasowej historii konfliktu Turcji i Izraela, klu­czowych sojuszników Stanów Zjednoczonych na Bliskim Wschodzie, którzy mimo dzielącej ich religii przez lata umieli współpracować w dziedzinie wojskowości i wywiadu. Kryzys wywołał przeprowadzo­ny 31 maja na wodach międzynarodowych atak komandosów izrael­skich na konwój mający na celu przerwanie blokady Gazy. W wyniku akcji śmierć poniosło dziewięciu tureckich wolontariuszy płynących na tureckim statku „Mavi Marmara". Atak, zarządzony przez znanego z politycznego awanturaictwa izraelskiego premiera Benjamina Ne- tanyahu, został niemal jednogłośnie potępiony przez światową opinię publiczną, trudno dziwić się zatem ostrej reakcji władz tureckich.

Me zważając na przedstawione problemy, trwające już prawie dwie kadencje rządy AKP można ocenić bardzo wysoko, co uwidacznia zresztą nieustająca popularność tej partii, potwierdzona w wyborach lokalnych w marcu 2009 r. Świadom osobistej popularności, Erdogan angażuje się w rozmaite kampanie społeczne, takie jak niedawna kam­pania antytytoniowa, w której apelował do rodziców z ubogich dziel­nic, by zamiast na papierosy wydawali pieniądze na owoce dla dzieci, i zachęcał swych ministrów do publicznego rzucania palenia. Mimo drastycznego spadku eksportu na przełomie lat 2008-2009, Turcja dobrze poradziła sobie z niedawnym światowym kryzysem ekono­micznym, a jej obecny wzrost gospodarczy, przekraczający 11 proc., dorównuje wzrostowi gospodarczemu Chin. Trzeba docenić też kon­sekwentne dążenie do demokratyzacji życia publicznego, mimo wściekłych ataków ultranacjonalistów, którzy nie stronili w ostatnich latach od zabójstw politycznych i planów zamachu stanu, z drugiej zaś strony groźby ze strony kurdyjskich radykałów, którzy nie wyrzekli się terroru i walki zbrojnej.

Kolejnym plebiscytem popularności rządu było przeprowadzone 12 września 2010 r. referendum, którego celem była dalsza liberaliza­cja obowiązującej konstytucji z 1982 r., wprowadzonej pod patronatem autorów wojskowego zamachu stanu z 12 września 1980 r. (nieprzy­padkowo na datę referendum wybrano datę 12 września). Projekt zmian, przygotowany przez AKP, przewidywał poszerzenie swobód obywatelskich i prawa zrzeszania się, również w odniesieniu do urzęd­ników państwowych. W przypadku rozwiązania partii politycznej przez Trybunał Konstytucyjny jej posłów - jako depozytariuszy man­datu wyborców - nie byłoby już można pozbawić miejsc w parlamen­cie. Sam Trybunał miałby odtąd składać się z sędziów mianowanych przez prezydenta oraz wybranych przez parlament, a nie - jak dotąd - tylko mianowanych przez prezydenta. Ostrzeżeniem pod adresem ewentualnych przyszłych spiskowców było anulowanie obowiązują­cego dotąd zwolnienia z odpowiedzialności karnej autorów wojsko­wego zamachu stanu z roku 1980 oraz wprowadzenie przepisu umoż­liwiającego sądzenie wojskowych przez sądy cywilne.

Jak można się było spodziewać, do głosowania przeciw zmianom wezwała w imię obrony zasad kemalizmu Republikańska Partia Ludo­wa (CHP), na której czele stanął w maju 2010 r. Kemal Kiliędaroglu, zastąpiwszy Deniza Baykala. Mniej zdecydowane stanowisko zajęła Partia Ruchu Narodowego (MHP), której działacze byli wśród ofiar wojskowej interwencji sprzed trzydziestu lat, lecz ostatecznie przy­wódca partii Devlet Bahęeli również wezwał do głosowania na nie. Proponowane zmiany demokratyczne, postrzegane przez CHP i MHP jako nazbyt osłabiające państwo, zostały z kolei uznane za niewystar­czające przez działaczy kurdyjskiej Partii Pokoju i Demokracji (BDP) zarzucających, że zmieniona konstytucja wciąż traktuje wszystkich obywateli jako Turków, nie dając im możliwości formalnego przyjęcia innej tożsamości narodowej niż turecka.

Ogłoszone przez BDP wezwanie do bojkotu referendum zostało wysłuchane przez wielu mieszkańców południowo-wschodniej Anatolii. Przy średniej ogólnokrajowej frekwencji wyborczej, wynoszącej 73,7 proc., w prowincji Diyarbakir stawiło się przy urnach tylko 34,8 proc. uprawnionych, w prowincji §irnak - 22,5 proc., a w pro­wincji Hakkari - będącej tradycyjną bazą kurdyjskiego oporu - zaled­wie 9,1 proc. Paradoksalnie, nie wpłynęło to na wynik referendum w tych prowincjach, gdyż wśród Kurdów jedyną liczącą się konku­rentką BDP jest właśnie rządząca AKP. Ostatecznie referendum przyniosło 57,9 proc. głosów na „tak", co zostało przyjęte jako kolejny mandat zaufania dla partii rządzącej, a w Brukseli ocenione jako „krok we właściwym kierunku".

Źródło: D. Kołodziejczyk, Turcja, Warszawa 2011.