Wybory prezydenckie na Ukrainie w 1999 roku

Rywalizacja potencjalnych pretendentów do fotela prezydenckiego rozpoczęła się na długo przed jej oficjalnym startem. W przedwyborczym sondażu, przeprowadzonym w lutym 1999 r. przez Centrum Badań Społecznych i Marketingowych "Socis-Gallup", prowadził Ł. Kuczma, za którego oddałoby swoje głosy 20,9% respondentów. Lider komunistów P. Symonenko mógł liczyć na 12,7% głosów, ustępując początkowo nawet N. Witrenko - 16,9%. Z kolei za liderem socjalistów O. Morozem opowiedziało się 9,9% badanych, a za J. Marczukiem - 3,4%. Pomimo tego, iż sondaże nie uwzględniały jeszcze wszystkich kandydatów, to bezbłędnie wytypowały piątkę najbardziej liczących się.

Oficjalnie proces wyborczy rozpoczął się znacznie później, wraz z procedurą zgłaszania kandydatów. Na podstawie ordynacji wyborczej kandydatów do fotela głowy państwa mogły zgłaszać zarówno partie polityczne, jak i zebrania wyborców. Proces ten trwał od 14 maja do 12 czerwca 1999 r. Większość kandydatów zostało zgłoszonych przez zebrania wyborców - 17 osób, zaś CKW zarejestrowała jedynie 6 kandydatów. Ze swego prawa skorzystało także 15 partii politycznych i blok partii "Naszym prezydentem - J. Marczuk". Większość partii politycznych zgłosiła przeważnie swoich liderów. Komisja zarejestrowała ostatecznie 19 pretendentów. Najwięcej kontrowersji wzbudziła odmowa rejestracji P. Łazarenki, który wszedł w otwarty konflikt z urzędującym prezydentem. Byłego premiera zgłosiło jego ugrupowanie i zebranie wyborców. W obydwu przypadkach CKW dopatrzyła się istotnych nieprawidłowości formalno-prawnych, brak złożonego w Komisji programu wyborczego, pisemnie wyrażonej zgody zainteresowanego oraz odpowiedniego formularza deklaracji majątkowej.

Podczas kolejnego etapu kampanii, każdy z kandydatów powinien był przedstawić w CKW listy z 1 min podpisów wyborców. Ostatecznie do rywalizacji o fotel prezydencki przystąpiło 15 osób, oprócz wspomnianych wyżej kandydatów nie zabrakło także tzw. kandydatów przypadkowych, jak np.: O. Bazyluka, lidera Słowiańskiej Partii, O. Rżawskiego, przewodniczącego zjednoczenia "Jedyna Rodzina", M. Gabera, lidera Patriotycznej Partii oraz J. Karmazina, Partia Obrońców Ojczyzny. Interesujący jest fakt, że początkowo CKW zarejestrowała tylko 9 kandydatów, którzy tak jak reszta nie spełnili wymagań co do ilości i jakości uzbieranych podpisów. Część kandydatów odwołała się do Sądu Najwyższego, który pozytywnie rozpatrzył wnioski, zobowiązując CKW do rejestracji wszystkich 15 pretendentów.

Urzędujący prezydent został zarejestrowany jako kandydat zgłoszony przez zebranie wyborców w Kijowie. Z taką inicjatywą wystąpili uczestnicy aż 634 zebrań wyborców, co może wskazywać na uruchomienie czynnika administracyjnego bądź oddolną inicjatywę władz w terenie. Z jednej strony była to demonstracja szerokiego poparcia społecznego, zaś z drugiej, niezależności od partii politycznych. Jednak ugrupowania lojalne wobec prezydenta pośpieszyły udzielić mu swojego wsparcia (LDP, SDPU(z), APU, LPU, MBR, Związek Ukraińskich Przedsiębiorców i Przemysłowców oraz świeżo utworzony klub poselski "Za odrodzenie regionów"). W drugiej turze do zwolenników prezydenta dołączyli zieloni (PZU), którzy w pierwszej turze wyborów wysunęli kandydaturę swego przewodniczącego W. Kononowa. Uskrzydleni udanymi wyborami parlamentarnymi nie liczyli oni raczej na zwycięstwo ich kandydata, lecz na dodatkową promocję wizerunku ugrupowania. Analizując poparcie sił politycznych dla prezydenta możemy stwierdzić, iż około połowa składu Rady Najwyższej ówczesnej kadencji była gotowych wesprzeć ostatecznie jego kandydaturę.

Wywalczenie takiego wsparcia wymagało od Ł. Kuczmy wielu zabiegów. Po pierwsze, prezydent musiał pokonać potencjalnych kandydatów: W. Juszczenkę, prezesa Narodowego Banku Ukrainy i premiera W. Pustowojtenkę. Pierwszego kandydata gotowa była poprzeć cała prawica oraz szereg ugrupowań centroprawicowych i centrolewicowych. Ówczesny prezes NBU mógłby z powodzeniem konkurować także z dowolnym przedstawicielem lewicy. Na przełomie lat 1998/99 otoczenie prezydenta skutecznie podjęło szereg prób mających na celu podważenie autorytetu W. Juszczenki. Ostatecznie nie zgodził się on wystawić swojej kandydatury. Ukraińscy politolodzy byli zdania, że gdyby nie kandydował Ł. Kuczma, to prezes NBU mógłby oficjalnie być jego następcą. Drugi kandydat zadeklarował lojalność wobec prezydenta i stanął na czele LDP, po tym jak b. prezes A. Matwijenko próbował nakłonić członków partii do wspierania innego kandydata. Grupa Matwijenki zostawiła szeregi LDP i wkrótce powołała własne ugrupowanie.

Zdaniem M. Tomenki, ukraińskiego politologa, kandydatura urzędującego prezydenta dla "oligarchów" była tylko celem taktycznym, natomiast celem strategicznym były dla nich wybory w 2004 r. Wówczas zaproponują swego kandydata, torując mu wcześniej drogę. Uważał on, iż po przejęciu władzy przez ostatnich, Ukrainie grożą rządy "oligarchów".

Zbliżoną do partii środka była także kandydatura J. Marczuka, który pomimo wsparcia różnorakich partii politycznych pozostawał bezpartyjny. Przypomnijmy, iż J. Marczuk w wyborach parlamentarnych, nie będąc członkiem SDPU(z), kandydował z listy tej partii. Po ujawnieniu swoich aspiracji politycznych jego drogi z socjaldemokratami się rozeszły, ponieważ zapowiedzieli oni wsparcie kampanii urzędującego prezydenta. Byłego szefa służb specjalnych poparły URP, Ukraińska Chłopsko0Demokratyczna Partia, Związek Chrześcijańsko-Narodowy i utworzony przez zwolenników J. Marczuka, tuż przed elekcją, Socjaldemokratyczny Związek (SDS) z S. Peresuńko na czele, którzy powołali blok "Naszym prezydentem - J. Marczuk". Powstała zatem interesująca koalicja ugrupowań socjaldemokratycznych i konserwatywnych.

Z kolei większość członków SDPU(z) poparło urzędującego prezydenta, co umożliwiło partii stopniowe przejęcie władzy. Pozbawiony poparcia socjaldemokratów, generał służb bezpieczeństwa mógł liczyć natomiast na poparcie prawicowego KUN-u lub skrajnie prawicowych UKRP, DSU i UZN. Tym bardziej, że CKW odmówiła rejestracji kandydatury D. Korczyńskiego, przez długi czas jednego z liderów UZN i paramilitarnej przybudówki Ukraińskiej Ludowej Samoobrony. W ostatnich wyborach parlamentarnych nie znalazł się on na liście partii, a jego kandydaturę do fotela prezydenckiego zgłosiło zebranie wyborów, co mogło wskazywać na pewne rozdźwięki ostatniego z partią.

W zamian za poparcie prawicy i ultraprawicy J. Marczuk opowiedział się za rehabilitacją OUN-UPA. Rozwiązanie tej złożonej kwestii, jego zdaniem, pomoże zjednoczyć naród ukraiński. Właśnie taki wizerunek "człowieka potrafiącego połączyć Wschód i Zachód kraju" kreowali jego zwolennicy. Mając podobne do obecnego prezydenta powiązania w kuluarach władzy, b. premier bezskutecznie ubiegał się o miano następcy. Przy tym należy zaznaczyć, że Ł. Kuczma i J. Marczuk zabiegali o głosy elektoratu Zachodniej Ukrainy. Jednak owych postulatów nie było już w programie wyborczym kandydata. Marczuk zapowiadał koniec systemu klanowego na Ukrainie, legalizację "szarej strefy", obniżenie podatków, wzrost pensji i emerytur, reformę sił zbrojnych oraz powołanie rządu zaufania publicznego.

Nawiasem mówiąc, w prezydenckim maratonie bez szans na zwycięstwo wystartowała jeszcze jedna postać związana niegdyś z SDPU(z) - W. Onopenko. W grudniu 1998 r. b. przewodniczący zjednoczonych socjaldemokratów utworzył nowe ugrupowanie (UPSD), które wysunęło jego kandydaturę. Przewodnie hasło jego kampanii brzmiało: "praca i wypłaty". Program wyborczy kandydata zawierał wiele elementów paternalizmu państwowego, szczególnie w sferze socjalnej. W obliczu masowych i nieregularnych wypłat pensji i emerytur mogło przynieść sukces wyborczy, pod warunkiem, że polityk jest znany w społeczeństwie, obdarzony zaufaniem, posiada realne szanse na zwycięstwo i znaczące zaplecze polityczno0finansowe.

Ciekawie natomiast wyglądała sytuacja w największej, opozycyjnej partii LRU. Po wewnętrznym konflikcie zakończonym rozłamem w partii, wystawiła ona dwie kandydatury: H. Udowenki i J. Kostenki, pozbywając się tym samym jakichkolwiek nadziei na zwycięstwo. Początkowo były nawet problemy z rejestracją pretendentów, ponieważ skłócone frakcje chciały zarejestrować obydwu kandydatów z ramienia LRU. Po tym, jak CKW nie zarejestrowała żadnego z nich, zwolennicy J. Kostenki zwołali zebranie wyborców, które zgłosiło kandydaturę b. ministra ochrony środowiska. Dopiero wtedy LRU ponownie zgłosił H. Udowenkę.

Program wyborczy J. Kostenki zapowiadał powołanie władz} patriotycznej, realizującej narodowe interesy Ukrainy, stabilizację ustawodawstwa i reformę systemu sądownictwa, zbudowanie sił zbrojnych w oparciu o tradycje oręża ukraińskiego. W sferze polityki gospodarczej akcentował potrzebę ochrony rynku wewnętrznego i krajowych producentów, zmniejszenie stawki VAT do 10% oraz wprowadzenie prawa własności prywatnej do ziemi. Pojawiły się interesujące pomysły podniesienia jakości usług medycznych poprzez wprowadzenie ubezpieczeń zdrowotnych i instytucji lekarza rodzinnego. Zapowiadał także wspieranie na Ukrainie procesu tworzenia jedynej kanonicznej cerkwi prawosławnej oraz integracji ze strukturami zachodnimi.

Jego bezpośredni rywal, H. Udowenko obrał sobie hasło wyborcze "Wolna jednostka, bogata rodzina, wielki i silny kraj!". W programie zapowiadał przezwyciężenie kryzysu ekonomicznego i podniesienie poziomu życia dzięki restrukturyzacji gospodarki, decentralizacji władzy, stworzeniu rynku ziemi, zbudowaniu szerokiej sieci autostrad i innym elementom polityki gospodarczej i finansowej. Interesujący był pomysł zabezpieczenia energetycznych interesów państwa poprzez szybkie zakończenie budowy terminalu naftowego w Odessie i stworzenie przez Ukrainę własnego cyklu uzdatniania uranu. W sferze socjalnej przewidywał szeroki paternalizm państwa, a w polityce zagranicznej realizację kierunku zachodniego.

Jeszcze w przeddzień wyborów ukraińscy politolodzy przewidywali, że jeżeli w drugiej turze dojdzie do rywalizacji Kuczmy z Marczukiem, to b. minister spraw zagranicznych przekaże swoje głosy prezydentowi, zaś b. minister ochrony środowiska generałowi. Warto także zaznaczyć, iż do rozłamu w LRU doszło z powodów polityki personalnej wewnątrz partii, gdzie ważną rolę odegrał konflikt pokoleniowy. Zakwalifikowania się do drugiej tury obu b. ministrów nie brano pod uwagę. W nadchodzących wyborach, podobnie jak w poprzednich, LRU miał zaproponować swemu elektoratowi "wybranie mniejszego zła". Jak okazało się później, tym mniejszym złem był urzędujący prezydent, który w elekcji '94 był "złem większym".

Na jednym z przedwyborczych spotkań ze studentami, prezydent podkreślił swoją gotowość do odniesienia zwycięstwa już w pierwszej turze. Jednak zdaję sobie sprawę, mówił, że prawdopodobnie będę musiał rywalizować także w drugiej. Z analiz ukraińskich politologów wynikało, iż Ł. Kuczma wolał kontynuować walkę z liderem postępowych socjalistów lub komunistów, ponieważ nad modelem "czerwonego rewanżu" już wcześniej pracowała jego ekipa. Pomimo braku wyraźnych postępów w reformowaniu kraju w okresie jego pierwszej kadencji oraz krytycznego stanu gospodarki i dalszej pauperyzacji społeczeństwa, jawi się on jako obrońca demokracji i gospodarki rynkowej.

Wysokie notowania N. Witrenko prawdopodobnie były sztucznie windowane, ponieważ była ona wygodniejszym od pozostałych kandydatów lewicy konkurentem dla obecnego prezydenta. Poza tym, w pierwszej turze odebrała część głosów Symonence i Morozowi, a rozproszenie głosów elektoratu lewicy wchodziło również w plany ekipy prezydenta. Polityczne zaplecze N. Witrenko to wyłącznie PSPU. Partia opowiadała się za ścisłą integracją w ramach WNP, szczególnie z Rosją i Białorusią, uważanych przez kandydata za naturalnych partnerów strategicznych Ukrainy. Wysunęła koncepcję modernizacji ukraińskich sił zbrojnych, utworzenia organizacji bezpieczeństwa trzech słowiańskich republik i przywrócenia Ukrainie statusu państwa nuklearnego. Proponowała zerwanie stosunków z międzynarodowymi instytucjami finansowymi i politycznymi oraz powrót do gospodarki centralnie sterowanej z różnorodną formą własności. Kandydując w wyborach prezydenckich proponowała jednocześnie zniesienie tej instytucji.

Mniej wygodnym konkurentem dla rządzącego obozu był P. Symonenko. Niepodległość Ukrainy przeszkodziła liderowi komunistów wejść do KC KPU (delegalizacja partii), a jego polityczny image określa się mianem administratora. KPU była najliczniejszym ugrupowaniem na scenie politycznej ze stosunkowo największym i najbardziej stabilnym elektoratem spośród partii politycznych. Dlatego P. Symonenko mógł spokojnie liczyć na elektorat swojego ugrupowania, a także na głosy części społeczeństwa niezadowolonej z przemian. Jednak nie wystarczyłoby to do wygrania wyborów. W drugiej turze lider komunistów zabiegał przede wszystkim o głosy elektoratu SPU, ChPU i "Hromady".

Natomiast dla Kuczmy niewygodnym konkurentem był b. przewodniczący parlamentu O. Moroz. Lider SPU to lewicowy polityk z przekonania, a nie ze względów koniunkturalnych. Wiele osób z b. partyjnej nomenklatury zajęło się "biznesem". Natomiast O. Moroz uważa proces zawłaszczania na Ukrainie za kryminogenny i dlatego w nim nie uczestniczy. Utrzymuje się wyłącznie z działalności społeczno0 politycznej. Motywem jego postępowania są zasady moralne, a nie zyski. Uważa się go za zwolennika socjalizmu zmodyfikowanego zgodnie z duchem czasu. Jest zwolennikiem gospodarki rynkowej pod ścisłą kontrolą państwa, polityki przemysłowej opartej na potencjale kraju i przeciwnikiem prywatyzacji ziemi, gdyż grozi to ruiną kołchozów i sowchozów. Przedstawił w Radzie Najwyższej program modernizacji kraju pt. "Nowy kierunek Ukrainy", który stał się dla niego podstawą własnej kampanii wyborczej. Zapowiadał zdecydowaną walkę z systemem oligarchicznym, nazywając go "bandokracją". W polityce zagranicznej opowiadał się za współpracą partnerską zarówno z Zachodem, jak i Wschodem. Zdecydowanie przeciwstawiał się "niezasłużonemu bogaceniu się garstki kosztem ciężko i uczciwie pracującej reszty narodu". Odpowiadając na zarzuty, że dąży do odbudowy ZSRR, stwierdził: "Ten kto żałuje rozpadu ZSRR, nie ma serca. Ten kto chce odbudować ZSRR nie ma głowy". W pierwszej turze wyborów O. Moroz mógł liczyć jedynie na własny kapitał polityczny, ponieważ SDPU (J. Buzduhana) i Partia Pracy (W. Łandyka) nie miały większego znaczenia, zaś "Hromada" została skompromitowana zatrzymaniem P. Łazarenki. Próbowano również oskarżyć lidera socjalistów o to, iż korzysta z pieniędzy podejrzanego o korupcję b. premiera. Jednak O. Moroz obronną ręką wyszedł z afer} i potrafił odrobić straty wyborcze. W drugiej turze na pewno mógł liczyć na poparcie elektoratu KPU i częściowo ChPU. Lider socjalistów odbył także podróż do USA, gdzie próbował pozyskać sojuszników lub zneutralizować wsparcie Zachodu dla obecnego prezydenta. W jednym z wywiadów O. Moroz zaznaczył, iż obecna polityka głowy państwa prowadzi do bankructwa i uzależnienia Ukrainy.


Newsletter



Wiadomość HTML?