Przemówienie Jimmy'ego Carter'a na temat polityki USA i praw człowieka na Katolickim Uniwersytecie Notre Dame - 22 maja 1977 r.

Zwracam się do ojca Hesburgha i wspaniałej kadry naukowej Uniwersytetu Notre Dame, do tych, którzy dzisiejszego popołudnia mieli zaszczyt otrzymać doktoraty honoris causa tej wielkiej uczelni, do zgromadzonych tu absolwentów, przyjaciół i rodziców.

Dziękuję za serdeczne przyjęcie. Cieszę się, że mogę być z państwem.

Naprawdę cenię sobie, że i mnie spotkał dzisiejszego dnia ten wielki zaszczyt.Pragnę wam powiedzieć, że odczuwam bliską więź z wami wszystkimi.

Chciałem znaleźć jakąś krótką opowieść mogącą posłużyć za ilustrację dwóch spraw, które pragnę poruszyć. To trudne zadanie. Otóż wczoraj wieczorem siedziałem na Balkonie Trumana w Białym Domu z moim serdecznym przyjacielem Charlesem Kirbo. Opowiedział mi on historię człowieka, którego aresztowano i postawiono przed sądem za to, że po pijanemu zaprószył ogień w łóżku. Gdy sędzia zapytał go, czy przyznaje się do winy, odpowiedział: "Nie. Byłem pijany, Wysoki Sądzie, ale łóżko już paliło się, gdy doń dotarłem" [Śmiech).

Myślę, że większość absolwentów dostrzeże analogię między tą historią a doświadczeniami czekającymi was po uzyskaniu dyplomu. Ale z tym wiążą się dwie sprawy. O drugiej opowiem za chwilę.

W ciągu 25 lat urzędowania na stanowisku rektora uniwersytetu Notre Dame ojciec Hesburgh występował w obronie praw człowieka w sposób bardziej konsekwentny i skuteczny niż którakolwiek inna ze znanych mi osób. Nieustannie troszczył się o rozwój uniwersyteckiego Centrum Praw Obywatelskich. Ojciec Hesburgh odegrał istotną rolę w poszerzaniu wachlarza spraw, jakimi zajmuje się ośrodek. Odwiedziłem tę placówkę jesienią i mogłem przekonać się, iż dziś obserwuje ona sytuację praw człowieka na całym świecie. Świadczy o tym choćby zorganizowana ostatnio konferencja na temat relacji między tymi właśnie prawami a amerykańską polityką zagraniczną.

Ową stałą troskę dobitnie potwierdza dzisiejsze przyznanie tytułów doktora honoris causa biskupowi Donaldowi Lamontowi oraz kardynałom Paulowi Arnsowi i Stephenowi Kimowi. W swojej walce o wolność w Rodezji, Brazylii i Korei Południowej ci trzej przywódcy duchowi uosabiają to, co najlepsze w ich krajach i naszym kościele. Mam zaszczyt przyłączyć się do wyrazów uznania dla ich poświęcenia, osobistego zaangażowania i niezwykłej odwagi.

Dość często na takich dzielnych jak oni ludzi organizuje się nagonki, czasem wtrąca się ich do więzień, a niekiedy skazuje na śmierć. Wszystko dlatego, iż mają śmiałość wkroczyć na teren, gdzie o prawa człowieka toczy się walka. Czasami to ich obarcza się winą za sytuację, którą sami pomogli przedstawić opinii światowej; lecz przecież mówią oni tylko o tym, co trwa od dawna. Płomienie, które pragną ugasić, dotykają nas wszystkich - widać je coraz wyraźniej na całym świecie.

Niedawno podczas wystąpienia w Kalifornii mówiłem na temat polityki wewnętrznej Ameryki: winniśmy skuteczniej działać na rzecz zaspokojenia potrzeb naszych obywateli, pokazywać - wbrew ponurej wierze naszych czasów - że rząd może być w swoich działaniach zarówno bardziej nastawiony na człowieka, jak i bardziej kompetentny.

Dziś jednak pragnę mówić o tym, co łączy amerykańskie poczynania na arenie międzynarodowej z podstawowymi cechami naszego charakteru jako narodu. Wierzę, iż możemy prowadzić demokratyczną, opartą na fundamentalnych wartościach, politykę zagraniczną, która odwołuje się do siły i możliwości wywierania wpływu, jakie posiadamy, po to jedynie, by działać na rzecz wszystkich ludzi. Możemy też prowadzić taką politykę zewnętrzną, którą obywatele amerykańscy popierają, znają i rozumieją.

Jestem przekonany o słuszności naszego systemu politycznego. Ponieważ my, Amerykanie, wiemy, iż demokracja się sprawdza, odrzucamy argumenty tych rządzących, którzy odmawiają praw człowieka swoim rodakom.

Jesteśmy pewni, że przykład demokracji okaże się nie do odparcia, i dlatego dążymy, by przybliżyć ją tym, od których w czasie kilku ostatnich lat byliśmy oddzieleni i którzy jeszcze nie przekonali się do korzyści płynących ze sposobu życia, jakim sami się cieszymy.

Jesteśmy pewni, że metody demokratyczne są najskuteczniejsze i dlatego nie kusi nas stosowanie niewłaściwych taktyk działania. Ani u nas, ani za granicą.

Jesteśmy pewni własnej potęgi i dlatego możemy dążyć do znaczącej obustronnej redukcji arsenałów nuklearnych.

Łączy nas wreszcie wiara w zdrowy rozsądek Amerykanów i z tego powodu nieustannie zapraszamy ich do udziału w procesie podejmowania decyzji dotyczących polityki zagranicznej. Możemy zatem przemawiać głosem 215 min obywateli, a nie odizolowanej od społeczeństwa garstki rządzących.

Ostatnie wielkie sukcesy demokracji - w Indiach, Portugalii, Hiszpanii i Grecji - świadczą o tym, iż nie mylimy się, ufając temu systemowi. Ponieważ jesteśmy pewni własnej przyszłości, czujemy się dziś uwolnieni od nadmiernego lęku przed komunizmem, lęku, który niegdyś prowadził nas do popierania każdego dyktatora, który go z nami podzielał. Cieszę się, że postawa taka ulega zmianie.

Przez zbyt wiele lat chętnie przyjmowaliśmy z gruntu błędne i wadliwe zasady oraz strategie działania naszych przeciwników, czasem porzucając własne wartości na rzecz wartości wyznawanych przez nich. Gasiliśmy ogień ogniem, nie zdając sobie sprawy, iż lepiej gasić go wodą. Takie podejście skończyło się fiaskiem; najlepszym przykładem jego intelektualnego i moralnego ubóstwa jest Wietnam. Ale dzięki tej porażce znaleźliśmy ścieżkę wiodącą na powrót do naszych zasad i wartości, odzyskaliśmy utraconą wiarę we własne przekonania.

Z historycznego punktu widzenia 200-letnie dzieje Ameryki to czas bardzo krótki. Jeszcze krócej cieszymy się rolą potęgi światowej. Jej początek to rok 1945, gdy pod gruzami II wojny światowej legła Europa i stary porządek międzynarodowy. Przed tą graniczną datą USA zazwyczaj pozostawały na obrzeżach spraw świata. Ale od tego czasu w sposób nieunikniony znajdujemy się w samym centrum światowych wydarzeń.

Nasza polityka w tym okresie kierowała się dwiema zasadami: po pierwsze - przekonaniem, iż ekspansja Związku Radzieckiego jest zjawiskiem prawie nieuniknionym, ale że tym bardziej trzeba ją powstrzymać, a po drugie - zbieżną z owym poglądem wiarą w wagę niemal wzorowego sojuszu państw niekomunistycznych po obu stronach Atlantyku. Ten system nie mógł trwać wiecznie. Trendy historyczne podważyły jego fundament. Chociaż obszar współzawodnictwa ze Związkiem Radzieckim poszerzył się, jednoczące nas zagrożenie konfliktem z tym krajem straciło na intensywności.

Wojna w Wietnamie zrodziła głęboki kryzys moralny, podkopując wiarę świata w słuszność naszej polityki i naszego systemu życia. Do pogłębienia kryzysu zaufania przyczynił się w dodatku ukryty pesymizm części naszych przywódców.

Za życia niespełna jednego pokolenia dokonały się w świecie radykalne zmiany. Przekształceniu uległy życie codzienne i aspiracje większości mieszkańców globu. Kolonializm jest już prawie wspomnieniem. W niemal stu nowo powstałych w ciągu ostatniego pokolenia krajach powstało nowe poczucie tożsamości narodowej. Rośnie dostęp do wiedzy. Aspiracje sięgają coraz wyżej. Wraz z tym, jak coraz więcej ludzi uwalnia się od tradycyjnych ograniczeń, więcej też pragnie - po raz pierwszy w życiu - sprawiedliwości społecznej.

Świat wciąż dzielą dysputy ideologiczne. Wciąż dominują w nim konflikty regionalne. Stale grozi mu niebezpieczeństwo, że różnic wynikających z poziomu zamożności czy przynależności do danej rasy nie da się rozwiązać bez użycia przemocy lub bez wciągnięcia do walki głównych potęg militarnych. Nie możemy już oddzielać tradycyjnych zagadnień wojny i pokoju od nowych - dotyczących całego globu - problemów sprawiedliwości, równości i praw człowieka.

To nowy świat. Ameryka jednak nie powinna się go obawiać, lecz pomóc go kształtować. Nowa postać świata wymagająca nowej amerykańskiej polityki zagranicznej - opartej na niezmiennym poczuciu przyzwoitości i płynących zeń wartości oraz optymistycznej wierze w naszą wizję historii.

Nie możemy dłużej jako podstawy globalnej stabilizacji prowadzić polityki skierowanej tylko do państw uprzemysłowionych. Musimy zareagować na nową rzeczywistość politycznie przebudzonego świata.

Nie możemy dalej oczekiwać, że pozostałe 150 narodów będzie ślepo podążać za dyktatem tych potężnych. Musimy jednak - śmiało i z ufnością - nadal starać się inspirować, przekonywać i przewodzić.

Nasza polityka musi odzwierciedlać przekonanie, że świat ma prawo do nadziei na coś więcej niż zwykłe przetrwanie. Przekonanie, iż godność i wolność stanowią wymogi fundamentalne. Musimy kształtować taki system międzynarodowy, który będzie trwał dłużej niż tajne i ciche porozumienia.

Polityki takiej nie da się tworzyć na drodze manipulacji. Musi ona pozostawać otwarta i szczera, musi polegać na konstruktywnym zaangażowaniu się w losy globu i opierać na pięciu kardynalnych zasadach.

Od pewnego czasu staram się wyjaśnić Amerykanom owe przesłanki. Pozwolą państwo że przypomnę o tym, co robimy i jakie przyświecają nam cele.

Po pierwsze, ponownie potwierdziliśmy zaangażowanie Ameryki w sprawę obrony i poszanowania praw człowieka jako fundamentalnego elementu naszej polityki zagranicznej. Amerykanie stanowią najbardziej zróżnicowany naród w dziejach świata. Różnimy się pochodzeniem, kolorem skóry, wyznawaną religią i tradycją kulturową. Nie łączą nas żadne wspólne mistyczne więzy krwi czy ziemi. Tym, co sprawia, że jesteśmy razem - bardziej może niż cokolwiek innego - jest wiara w wolność człowieka. Pragniemy, by świat wiedział, iż naród amerykański spaja coś więcej niż materialna zamożność jego obywateli.

Nie znaczy to, że możemy prowadzić politykę zagraniczną, opierając się na sztywnych maksymach moralnych. Żyjemy w świecie niedoskonałym, który takim pozostanie. Świecie złożonym i chaotycznym. I to też się nie zmieni.

W pełni zdaję sobie sprawę z ograniczeń wszelkich prób przekonywania innych poprzez odwoływanie się do moralności. Nie mamy złudzeń, że zmiany dokonają się szybko i łatwo. Ale sądzę też, iż błędem jest niedocenianie siły słów oraz idei, które słowa owe ucieleśniają. W naszej własnej historii znajdujemy wiele takich przykładów: od Zdrowego rozsądku, broszury pamfletu autorstwa pisarza i myśliciela politycznego Thomasa Paine'a po słynne przemówienie Martina Lutera Kinga rozpoczynające się od słów "Miałem sen".

W życiu ludzkiego ducha, słowa stają się czynami. I to w większej mierze, niż uświadamia sobie większość z nas żyjących w krajach, gdzie wolność wypowiedzi uznaje się za rzecz oczywistą. Dyktatorzy w państwach totalitarnych zdają sobie z tego doskonale sprawę. Dowodem na to jest prześladowanie dysydentów w tych krajach. Za słowa mające moc czynu.

Niemniej już dziś jesteśmy świadkami zasadniczego w skali globu postępu, jeśli chodzi o obronę praw jednostki przed arbitralnymi poczynaniami władzy państwowej. Jeśli jako Amerykanie zignorujemy ten trend, grozi nam utrata wpływu i moralnego autorytetu na świecie. Przewodzenie mu pozwoli nam odzyskać status moralny, jaki kiedyś posiadaliśmy.


Newsletter



Wiadomość HTML?