Traktat z Nicei

Powstanie Unii Europejskiej sięga swoimi korzeniami roku 1957, kiedy to w wyniku zawarcia Traktatu Rzymskiego powołana została Wspólnota Europejska, zwana EWG. Państwa Wspólnoty Europejskiej stanowią pierwszy i najważniejszy filar Unii Europejskiej, powołanej do życia Traktatem o Unii Europejskiej, przyjętym w Maastricht dnia 07.02.1992 roku i uzupełnionym Traktatem z Amsterdamu z dnia 2.10.1997 roku.

Traktatem zmieniającym traktaty ustanawiające UE i Wspólnotę Europejską jest Traktat z Nicei, wynegocjowany przez piętnastu szefów rządów UE, którzy w dniach 7-11 grudnia 2000r. obradowali w Nicei. Przywódcy piętnastu krajów uznali, iż z datą wejścia w życie Traktatu z Nicei Unia będzie w stanie powitać nowe państwa, które jednak muszą wykazać gotowość sprostania obowiązkom wynikającym z członkostwa w Unii.

Strony porozumienia to: Dania, Belgia, Austria, Grecja, Francja, Hiszpania, Finlandia, Irlandia, Holandia, Luksemburg, Portugalia, RFN, Szwecja, Włochy, Wielka Brytania. Dokument nicejski przygotował instytucje Unii do rozszerzenia o nowe kraje (m.in. Polskę) i zmienił znaczenie układu sił w samej Unii. Ponieważ po wejściu traktatu w życie zostało ograniczone prawo weta w Radzie Ministrów Unii, wzrosło znaczenie dużych państw.

Cele Traktatu Nicejskiego:

  1. Przygotowanie instytucji UE do poszerzenia o 12 nowych państw.
  2. Ustalenie podziału głosów w Radzie Ministrów, tj. 345 głosów: Niemcy, Francja, Wielka Brytania i Włochy otrzymują po 29 głosów, po 27 głosów otrzymały Polska i Hiszpania.
  3. Zwiększenie do 80% ilości spraw, w których decyzje podejmowane będą większością kwalifikowaną (258 głosów).
  4. Odejście od prawa weta w niektórych kwestiach - polityka imigracyjna od 2004 roku, fundusze strukturalne od 2007 roku,
  5. Reforma Parlamentu Europejskiego - zwiększenie liczby eurodeputowanych do 732,
  6. Reforma Komisji Europejskiej - od czasu wejścia w życie Traktatu Nicejskiego każdy kraj będzie miał tylko jednego komisarza; po przyjęciu 12 nowych państw liczba komisarzy ma być niższa od 27.
  7. Proklamowanie Karty Praw Podstawowych - zbioru praw człowieka i swobód obywatelskich.

Nicea zreformowała i uporządkowała Komisję Europejską ponadto rozciągnęłą głosowanie większościowe na pewne nowe obszary, które zdaniem wielu powinny zostać zreformowane - na przykład handel, usługi, polityka przemysłowa, a jednocześnie utrzymała prawo weta w obszarach interesu narodowego wielu członków Unii, jak podatki, ubezpieczenia społeczne. Traktat Nicejski otworzył w końcu drzwi do członkostwa w Unii Europejskiej przed najlepiej przygotowanymi krajami kandydującymi. Celem ich ciężkiej pracy w ciągu ostatnich dziesięciu lat była nagroda w postaci członkostwa w UE. Nie powinno się zapominać, jak wielkim historycznym przedsięwzięciem było rozszerzenie Europy, jej ponowne połączenie z Europą Środkową po upadku żelaznej kurtyny.

Traktat Nicejski przygotował UE do ponownego połączenia sąsiadów, którzy byli oddzieleni przez niemal pół wieku. Dzięki rozszerzeniu wiele państw stało się bezpieczniejsze i silniejsze, ponieważ zyskało więcej sojuszników w walce z przeciwnościami, którym żaden kraj nie może stawić czoła w pojedynkę - od przestępczości zorganizowanej, terroryzmowi, handlu narkotykami i nielegalnej emigracji po zanieczyszczenie środowiska, bezrobocie i izolację społeczną.

Traktat Nicejski miał dla rozszerzenia zasadnicze znaczenie, gdyż bez niego rozszerzająca się Unia Europejska stanęłaby w miejscu. Traktat zaczął obowiązywać w 2005 roku.

Tak naprawdę jednak szczyt w Nicei nie był ani gigantycznym sukcesem integracji europejskiej, ani tym bardziej drobnym wstępem do rozszerzenia, ale za to z pewnością olbrzymim sukcesem niemieckiej dyplomacji. Udało się wszystko: zachować narodowe weto tam, gdzie jego zniesienie najbardziej zabolałoby Niemców, umożliwić rozszerzenie i otwierać nowe możliwości "elastycznej współpracy". Niemcy, jak wiadomo, są bardzo przywiązani do idei pogłębiania integracji, a to stało się po Nicei o wiele łatwiejsze i tańsze niż przedtem.

Na samym początku należało zadbać o to, aby dyplomacja francuska była maksymalnie zajęta czymś innym, a nie przygotowaniem do szczytu. Na szczęście sami Francuzi to Niemcom ułatwili: prezydent Chirac bardziej był zaabsorbowany skandalem korupcyjnym z czasów jego merostwa niż agendą europejską, rząd francuski też miał wiele ciekawych zajęć, od statutu autonomicznego dla Korsyki po kryzys paliwowy; rząd niemiecki nie próżnował i dodał mu jeszcze dwa dodatkowe powody do troski: Schröder robił rundę po unijnych stolicach (był nawet w Polsce), aby sondować możliwości kompromisu, tak jakby to Niemcy przewodniczyli UE, a w swoim imieniu zażądał, aby Niemcy mieli tyle głosów w Radzie, ile odpowiada liczbie mieszkańców Niemiec - co oznaczałoby też, że znacznie więcej niż Francja.

Od tego momentu Francja była już zajęta tylko dwiema sprawami: udowodnieniem, że to ona właśnie przewodzi, a nie Niemcy, i zapobieganiem sytuacji, w której miałaby mniej głosów niż Niemcy. Reszta wydawała się drugorzędna, tym bardziej że nagle wielu małym krajom niemiecka propozycja wydała się całkiem rozsądna. Francja, jako duży kraj, też żądała "większej proporcjonalności", co oznaczało stosunkowo mniej głosów dla małych. Nagle stali się oni rzecznikami większej proporcjonalności, wiedząc o tym, że po niemieckiej propozycji samym Francuzom wydawało się to mało sympatyczne. Francuzi chętnie mieliby więcej niż dotychczas w stosunku do Luksemburga lub Holandii, ale jeżeli to miałoby oznaczać mniej niż Niemcy... Rząd niemiecki za rezygnację z tego żądania mógł już dostać od Francji niemal wszystko. Otrzymał dużą liczbę mandatów w Parlamencie Europejskim, znacznie większą niż Francja. W innych obszarach zapadło kilka ważnych decyzji. Na pierwszy rzut oka niewiele się zmieniło: nadal Niemcy mają w Radzie Ministrów UE tyle głosów co Francja, a wiele spraw ważnych dla Niemiec zostało przesuniętych na później, jak np. nowy podział kompetencji miedzy UE, rządami krajów członkowskich i niższymi szczeblami, regionów lub samorządów. Ale w Nicei powstała faktycznie nowa Unia i funkcjonuje ona jednak na innych zasadach niż UE po Maastricht i Amsterdamie.

Do spraw, co do których udało się osiągnąć porozumienie w Nicei, należy swoisty rozkład jazdy dla zniesienia weta. Tam gdzie nie zniesiono prawa weta, rządy zobowiązują się w określonym terminie ustalić najpierw wspólną politykę w danym obszarze, a potem dopiero znieść prawa weta. Zabezpiecza to przez ustanowieniem wspólnej polityki przez większość kosztem jednego lub kilku krajów, ale utrudnia też dochodzenie do wspólnego mianownika, na podstawie którego można potem wprowadzić głosowanie większościowe. Ten mechanizm wprowadzono w dwóch głośnych sprawach: najpierw Rada Ministrów UE musi uchwalić nowe ramy finansowe na lata 2007-2012, potem dopiero będzie można zmienić zasady funkcjonowania funduszy strukturalnych, głosując większością kwalifikowaną. Przeforsowała to Hiszpania, której zależy na tym, aby płatnicy netto (kraje płacące więcej do wspólnej kasy UE niż zeń otrzymujące) nie decydowali np. o innym podziale środków wbrew interesom jednego z największych biorców tych funduszy, którym jest Hiszpania.

Podobnie było z prawem azylowym: Niemcy nie zgodzili się na zniesienie zasady jednomyślności w sprawach azylowych przez uchwaleniem - oczywiście z zachowaniem weta - wspólnej polityki azylowej obowiązującej wszystkie kraje.

Bardzo małe ograniczenie pól, gdzie Rada Ministrów będzie mogła decydować większością kwalifikowaną, było być może dobrą nowiną dla zwolenników "Europy ojczyzn" lub "Europy państw narodowych", ponieważ zachowało najważniejszy symbol interesów narodowych w UE, jakim jest narodowe prawo weto. Taka sytuacja ma tez istotne wady. Za pomocą weta można nie tylko przeforsować własne interesy kosztem innych; inni też mogą przeforsować swoje interesy, tam gdzie postęp w integracji byłby w ich interesie. Weto daje małym krajom poczucie komfortu, że bez względu na liczbę mieszkańców czy mogą one wywierać wpływ na duże państwa, ale jego nadmierne stosowanie może prowadzić do zwiększenia liczby tych spraw, które blokowane państwa będą uzgadniały między sobą. W przeszłości robiły to poza instytucjami unijnymi, po zmianach w Nicei łatwiej im było to robić, wykorzystując do tego Komisję Europejską, Parlament i Radę Ministrów. Odchodzenie od tak zwanej "metody wspólnotowej", doprowadziło do sytuacji, w której Komisja (gdzie decydują równoprawni komisarze z wszystkich krajów członkowskich), Parlament i Trybunał Sprawiedliwości nie mają nic do powiedzenia, nie leży w interesie małych krajów.

Po konferencji w Amsterdamie niektórzy komentatorzy zaliczali jeszcze Komisję i Parlament do zwycięzców - dostały nowe prerogatywy i więcej władzy. Teraz obraz ten nie był już tak jednoznaczny. Do zwycięzców należałoby raczej zaliczyć przewodniczącego Komisji, natomiast samej Komisji już nie. Pozycja przewodniczącego została wzmocniona w Amsterdamie - chociażby przez to, że do jego powołania potrzebna była zgoda Parlamentu. Przewodniczący razem z rządami państw członkowskich uczestniczył też w powoływaniu komisarzy. Cała Komisja w składzie ustalonym miedzy przewodniczącym i krajami członkowskimi musiała zostać zaakceptowana przez Parlament. Po Nicei państwa członkowskie ustalają kandydata na przewodniczącego Komisji i listę członków Komisji kwalifikowaną większością głosów, zanim Parlament wyrazi zgodę (lub nie). Dopiero po wyborze Komisji, kiedy ta się ukonstytuuje, rozdziela on kompetencje poszczególnym komisarzom i - za zgodą całej Komisji - mianuje wiceprzewodniczących. Dotychczas rządy państw członkowskich już podczas ustalania listy komisarzy uzgadniały, jakie kompetencje mają przypaść poszczególnym komisarzom. Teraz decyduje o tym sam przewodniczący. Może też - za zgodą całej Komisji - zdymisjonować członka Komisji.

Traktat Amsterdamski ustalił liczbę komisarzy na poziomie 20 osób. Każde państwo członkowskie miało jednego przedstawiciela w Komisji, pięć dużych państw miało po dwóch. Po rozszerzeniu UE należałoby więc albo zwiększyć liczbę komisarzy i utrzymać zasadę reprezentacji każdego państwa, albo utrzymać liczbę komisarzy i znieść tę zasadę.

Traktat Nicejski przewidywał, że od 1 stycznia 2005r. liczba komisarzy zwiększy się odpowiednio do liczby państw członkowskich, przy czym każde państwo będzie miało prawo do jednego komisarza. Dopiero od momentu, kiedy UE będzie liczyć 27 członków, liczba komisarzy ma być mniejsza od liczby krajów członkowskich. Dokładną liczbę i sposób rotacji komisarzy państwa członkowskie ustalą wtedy jednomyślnie. Od 2005r. Do momentu kiedy Unia będzie liczyć 27 członków Komisja liczyć będzie więcej niż 20 komisarzy. Wymóg ustalania dokładnego systemu rotacji i liczby komisarzy zawiera w sobie spory potencjał konfliktu. Im mniejsza będzie liczba komisarzy, tym dłuższy będzie okres, w którym dany kraj nie będzie miał własnego komisarza.

Traktat Amsterdamski ustalił liczbę członków Parlamentu Europejskiego na 700, co umożliwiło rozszerzenie Unii tylko o dwa lub trzy kraje. Kraje członkowskie były dość zgodne co do tego, że liczba parlamentarzystów nie powinna być powiększana, ale jednocześnie nie ustaliły nowego podziału mandatów na poszczególne kraje.

Traktat Nicejski tylko nieznacznie zwiększył liczbę mandatów do Parlamentu, z 626 do 732. Ponieważ liczba 732 nie zmieni się już wskutek rozszerzenia Unii, oznacza to, że liczba posłów przypadających na poszczególne kraje zmniejszy się - z wyjątkiem Niemiec, które nadal będą miały 99 mandatów jako rekompensatę za ustępstwa na rzecz Francji w sprawie nowego podziału głosów w Radzie Ministrów. Podział głosów w Parlamencie Europejskim będzie bardziej niż dotychczas proporcjonalny do liczby mieszkańców krajów członkowskich.


Newsletter



Wiadomość HTML?